
OPINIA: Festiwal politycznej niemocy. Jak Koalicja Obywatelska skompromitowała własny wniosek?
Ten artykuł nie jest oceną decyzji radnych o pozostawieniu Sławomira Lasieckiego na stanowisku – w takich sprawach, jak przystało, ocenę pozostawiamy czytelnikom. To spojrzenie na polityczną porażkę, jaką zafundowali sobie wnioskodawcy – klub Koalicji Obywatelskiej.
Kiedy 26 sierpnia radni KO składali wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej, można było odnieść wrażenie, że pomimo politycznej arytmetyki na niekorzyść opozycji, sprawa nie musi być przesądzona. Mocne słowa o wiarygodności rady w obliczu ostatnich wydarzeń z udziałem przewodniczącego budowały napięcie. Niestety, po piątkowym głosowaniu wygląda na to, że była to głównie polityczna wydmuszka.
Podstawą skuteczności w polityce jest (a przynajmniej powinna być) wiarygodność, a tę buduje się poprzez spójność słów i czynów. Jednak jak poważnie można traktować wniosek, gdy na kluczowe dla siebie głosowanie nie stawia się jedna trzecia klubu? Absencja radnego Radosława Kołacińskiego, z uwagi na medialną burzę wokół szpitala, była do przewidzenia.
Co jednak z pozostałymi nieobecnymi? Szybki przegląd mediów społecznościowych pokazuje, że jeden z radnych KO, Marcin Małecki, przebywał w tym czasie na zapewne już dawno zaplanowanym urlopie. I nie ma w tym oczywiście nic złego – każdy ma prawo do wypoczynku. Rodzi się jednak pytanie o logikę działania całego klubu: po co zwoływać nadzwyczajną sesję, skoro wiadomo, że z powodu urlopów nie będzie się miało na niej kompletu własnych głosów?

To lekceważące – głównie wobec powagi własnej inicjatywy, ale także wobec innych radnych. Dlaczego ktokolwiek miałby ryzykować wewnętrzny konflikt i głosować wbrew własnej koalicji, skoro widzi, że wnioskodawcom nie zależało nawet na zebraniu własnego kompletu?
Po przegranym głosowaniu rozpoczęło się szukanie usprawiedliwień. Na swoim profilu na Facebooku radny Dariusz Grodziński zasugerował, że „ekspresowe tempo zwołania sesji chyba nie było przypadkiem, a bardziej scenariuszem”. Argument ten należy jednak uznać za nietrafiony. Ustawa o samorządzie gminnym daje przewodniczącemu 7 dni na zwołanie posiedzenia, a radni KO to nie polityczni nowicjusze – doskonale znają te przepisy. Sesja została zwołana w pełni legalnym terminie. Jeśli data kolidowała z urlopami, wystarczyło złożyć wniosek kilka dni później. Pośpiech był wyłącznie decyzją KO.
To prowadzi do fundamentalnego pytania: czy Koalicji Obywatelskiej w ogóle zależało na odwołaniu przewodniczącego? A może celem nie było zwycięstwo, lecz samo wywołanie politycznej burzy, by zyskać paliwo do dalszych ataków?
Najlepszym podsumowaniem tej strategii – lub jej braku – są słowa samej przewodniczącej Magdaleny Sekury-Nowickiej, które padły tuż po zakończeniu sesji:
„Nie jesteśmy zdziwieni wynikami tego głosowania i bez względu na to, czy dzisiaj bylibyśmy tutaj w składzie pełnym czy mniejszym, to nie ma żadnego znaczenia”.
To zdanie to publiczne przyznanie, że mobilizacja i walka o każdy głos nie miały tutaj dla radnych Platformy większego znaczenia.
Gdyby argument o terminie okazał się chybiony, jest jeszcze jeden. Przewodnicząca Sekura-Nowicka zapowiedziała, że to nie koniec tematu, bo jej klub ma „poważne podstawy, aby dalej ten temat drążyć, ponieważ mamy wątpliwości co do prawnej, prawnych procedur i prawnego przebiegu dzisiejszego głosowania”.
Nieważne jednak, jaka prawna kwestia by to nie była – wynik głosowania w radzie był jasny i politycznie jednoznaczny: 12 do 5. Nawet gdyby udało się doprowadzić do powtórki i tym razem zmobilizować wszystkich ośmiu radnych KO, szansa na przekonanie kogokolwiek została bezpowrotnie stracona. Pokazując, że nie potrafią zmobilizować nawet siebie, stracili wiarygodność, że warto dla ich sprawy ryzykować.