baner_FBAnt
Stokado
Baner AWS
baner_apka_2

Był interes do zrobienia

Nic tak nie podnosi czytelnictwa, oglądalności czy choćby „klikalności” mediów wszelakiego rodzaju jak newsy o tym, jak to ktoś tam, będący „blisko kręgów decyzyjnych” lub choćby nieco lepiej lub szybciej poinformowany „w sprawie”, inicjuje interes, w wyniku którego jego stan posiadania wzrasta w sposób zdecydowanie ponadprzeciętny. Przy czym według mediów związanych z jedną ze stron owe geszefty robią wyłącznie tamci, a według tych drugich – ci. To jasne. Oczywiście nie będę tu rozstrzygał kto ma (bardziej) rację, spróbuję za to opowiedzieć o kilku związanych z nieruchomościami miejskimi biznesach jakie w historii Kalisza robili niektórzy jego mieszkańcy lub (i) urzędnicy. I jak na nich zarobili „nieco więcej niż co nieco” choć wspomnę też – dla równowagi – i o przypadkach interesów zdecydowanie mniej udanych.

  1. Jak dobrze (było) być urzędnikiem
  2. Przebitka – rekordzistka
  3. Biznesowe narady w „Nocach i dniach”
  4. Wyszedł jak Bajer na masonerii
  5. O mało co wielkie bum

Jak dobrze (było) być urzędnikiem

Najpierw te pierwsze. Jest końcówka wieku XVIII, po drugim rozbiorze w Kaliszu mamy nowe pruskie porządki i … zaradnych pruskich urzędników. Zaborcy rozbierają, będący po kilku pożarach w stanie i tak już zdecydowanie opłakanym, kaliski zamek. Pozostają cegły z rozbiórki i spory plac. Jako pierwszy z propozycją kupna tego dobra wystąpił przybyły z Wrocławia krawiec Pantz. Przedstawił on miejscowej Kamerze – czyli lokalnym władzom administracyjnym – projekt wykorzystania ruin zamku na „kaffehaus”, czyli kawiarnię. Gdyby to przeszło, Kalisz byłby w awangardzie trendu lokowania lokali gastronomicznych w ruinach zabytkowych obiektów. Ale – nie przeszło i zaraz się wyjaśni dlaczego. Następnym kandydatem do kupna „pozamkowych” cegieł był budowniczy Dulitz, pragnący na miejscu po zamku postawić więzienie, a przy nim przy okazji własną kamienicę. Kombinował, lobbował, motywował – ale i on niczego nie wskórał. Zaistniały przeszkody obiektywne, które jednak przestały mieć już jakimś dziwnym trafem znaczenie, kiedy sprawą zainteresował się ważny pan urzędnik. W lipcu 1803 r. plac i wypalone mury za sumę 2055 talarów jako wieczystą dzierżawę oddano w posiadanie „bratu” Fryderykowi Wiedermannowi, założycielowi masońskiej loży „Hesperus” w Kaliszu ale i – co istotniejsze – radcy kaliskiej Kamery. Ale trzeba oddać panu radcy, że nie był samolubny – po kilku miesiącach odsprzedał on ruiny kolejnemu „bratu” – chirurgowi Ernestowi Fryderykowi Leonhardtowi. Na transakcjach obaj panowie nieźle zarobili, gdyż kolejny nabywca – kaliski „Macedończyk” Jerzy Myszkiewicz musiał wysupłać sumkę przekraczającą dwunastokrotnie tą sprzed raptem roku. Pan Myszkiewicz na zakupie już się jednak nie wzbogacił – powetował to sobie handlując importowanym winem. Nie wiadomo nawet, czy wyszedł „na czysto” – sprzedał wprawdzie budulec „pozamkowy”, ale później przez siedemnaście lat plac leżał odłogiem. Na dodatek przez cały ten czas zalegał z opłatą podatków, więc kiedy mu się zeszło wdowa i progenitura z trudem odsprzedali miastu rzeczony plac (to już czasy Królestwa Polskiego) za 12 tysięcy złotych polskich. Wytargowali też umorzenie zaległych podatków na rzecz miasta. W sensie finansowym najbardziej zarobili wspomniani urzędnicy, być może nie dołożyli też do interesu Myszkiewiczowie, a „do tyłu” były władze miejskie. Ale za to Kalisz zyskał, powiedzmy, wizerunkowo. Przybył mu bowiem nowy plac odsłaniający widok na inny, również niedawno powstały, plac św. Józefa z imponującym gmachem Komisji Wojewódzkiej, piękną klasycystyczną kamienicą z filarami, zwaną frywolnie „Między Nogi” (później na jego miejscu stanął sobór a po II wojnie – Dom Towarowy). A spora przestrzeń podzamkowego placu w 1821 r. została uszczuplona przez pobudowanie tam klasycystycznego budynku Szkoły Wojewódzkiej (obecnie I Liceum).

Przebitka – rekordzistka

No to teraz przenieśmy się na drugą stronę płynącej jeszcze wówczas Babinki. Po 1815 r. zapala się zielone światło dla fabrykantów, którzy w przygranicznym Kaliszu będą zbijali przez kolejne lata większe lub mniejsze przemysłowe interesy. Nawiasem – niektórym się to nie udaje (choćby casus Przechadzkiego), ale ja nie o tym. Idealnym, z różnych względów, miejscem na stawianie fabryk jest Warszawskie Przedmieście, a konkretnie teren między dzisiejszym Placem Kilińskiego a Nowym Rynkiem. Ale oto wcześniej nosem do interesu (bogać tam nosem – sporą wąchawą raczej) wykazuje się radny magistratu (no, tak!) – pan Radzik. W 1821 r. nabywa w wieczyste użytkowanie wspomniany obszar za 100 złotych polskich. Rok później, część gruntu, ale już za 2400 złotych odkupił od Radzika wspomniany pechowiec Dominik Przechadzki, kolejną część za 2000 złotych kupił inny przemysłowiec Wilhelm May. W latach 1827 i 1833 przedsiębiorczy Radzik resztę ziemi sprzedał za kolejne kwoty 2000 i 3600 złotych. No to policzmy: wydatek: 100 zł, dochód: 10 tys. zł. Wychodzi więc, że przez dwanaście lat pan Radzik uzyskał na obrocie ziemią stukrotną przebitkę, przy którym to poziomie zysku geszefty współczesnych biznesmenów to po prostu dziecinada.

Biznesowe narady w „Nocach i dniach”

Podobnie sporo zyskali ci, którzy pod koniec tegoż XIX w. przewidzieli doprowadzenie do Kalisza kolei żelaznej i wybudowanie dworca za miastem w kierunku Noskowa. Gdy po 1902 r. tą inwestycję zrealizowano – ceny działek na sięgającym od mostu Kamiennego po rogatkę Wrocławską (bo na niej do 1906 r. kończyło się miasto) również solidnie wzrosły. A może – tu element teorii spiskowej – to właśnie lobbowanie właścicieli tamtejszych działek przesądziło o lokalizacji dworca właśnie w tamtym kierunku a nie – jak stanowiła propozycja alternatywna – na przemysłowym Piskorzewiu. O pożytkach płynących z posiadania działek na tamtym przedmieściu mówi nawet młody Anzelm Ostrzeński w „Nocach i dniach”. Wśród realnych beneficjentów znalazł natomiast się m.in. pan Perechow, który – licząc na szybki wzrost cen gruntu – kupił spory kawał ziemi w miejscu, na którym – zapewne kupując najpierw pod budowę działkę – bracia Kowalscy postawili w roku 1930 swój apartamentowiec.

Wyszedł jak Bajer na masonerii

Ale biznes to jest gra. Jednym zabierze, a innym da. Dla równowagi przytoczę dwie historie, których bohaterowie, mówiąc współczesnym slangiem, cokolwiek umoczyli. Jan Antoni Bajer, kasjer Korpusu Kadetów odbudowując po wielkim pożarze z 1792 r. swój dom leżący na przedłużeniu dzisiejszej ulicy Chodyńskiego – placu Św. Józefa jeszcze wtedy nie było – teren był zajęty przez parterowe domki kanoników – miał poważne kłopoty z gotówką. Zamiast po bożemu wziąć kredyt (współcześni kredytobiorcy krzywią się czytając te słowa) „zwąchał” się z masonami, sam został ich „bratem” i na mocy umowy podpisanej w 1796 r. wybudował przy ich pomocy finansowej duży, piękny dom z kolumnami. W domu tym dwa piętra, specjalnie przysposobione, przeznaczone były na siedzibę loży i kapituły wolnomularskiej. Aliści nowy nasz władca – rosyjski imperator, początkowo popierający masonerię, po 1820 r. staje się jej przeciwnikiem i w 1822 r. kaliskie loże przestają istnieć. Na ich likwidacji kiepsko wychodzi pan Bajer – nie dość, że musiał on własnym sumptem przebudować pomieszczenia loży na mieszkania, to jeszcze bracia zalegali mu z „komornym”. Przy likwidacji loży zażądał zaległego od lat czynszu oraz odszkodowania za koszty, jakie poniósł przerabiając masońskie pomieszczenia na normalne lokale mieszkalne. Żądał ponad 5 tysięcy złotych, a po długich targach otrzymał mniej niż połowę. Porzekadło o Zabłockim i mydle mogło więc zyskać w wydaniu kaliskim nowe brzmienie. Dodam jeszcze, że ok. 1832 r. właścicielem kamienicy został kupiec Leopold Weiss, który dzięki pieniądzom z Funduszu Pożyczkowego i projektowi Franciszka Reisteina rozbudował ją do postaci wspaniałego „pałacu z kolumnami”, który przetrwał do tragedii Kalisza w 1914 r.

O mało co wielkie bum

Za drugiego pechowca w dziedzinie interesów na kamienicach i gruntach możemy uważać pana Kazimierza Masło. Przed I wojną był on prawdopodobnie właścicielem części gruntu zajętego pod budowę obecnego ratusza. W jednej z „przylepionych” do poprzedniego budynku ratuszowego kamienic, miał nawet popularną piwiarnię czy restaurację. Ale te kamienice, jak i sam ratusz, spalili Niemcy w pierwszych dniach wojny. I na powstałym tak placu po jej zakończeniu rozpoczęto stawianie – w nieco innym układzie przestrzennym – nowego budynku ratuszowego. Ale kosztorys nie przewidywał niestety wystarczającego odstępnego dla pana Masło za grunt. Wprawdzie jeszcze w trakcie wojny niemiecki okupant wywłaszcza posiadłość i proponuje odszkodowanie w wysokości 35.800 marek polskich, ale pan Masło odmawia ich przyjęcia. Albo z pobudek patriotycznych (o czym za chwilę), albo uznaje, że oferowane pieniądze nie są w stanie pokryć długów na hipotece. Po odzyskaniu niepodległości władze już polskie, mimo początkowej obietnicy przekazania innej nieruchomości, nie kwapią się z wypłatą oczekiwanej przez pana Masło sumy. Magistrat, zasypywany przez zdesperowanego posiadacza podaniami, odpowiada cokolwiek nonszalancko: Niech Pan Masło jedzie po pieniądze do Berlina. A oficjalne urzędowe uzasadnienie odmowy brzmi: Panu Masło swego czasu dawano pieniądze za ten plac, których on zaś nie przyjął, te były złożone do kasy, dziś zaś, jeśli p. Masło ma jakiekolwiek pretensje słuszne, to może się śmiało udać na drogę sądową. Zdesperowany były właściciel próbuje jeszcze uderzyć w ton patriotyczny: Jestem Polakiem z krwi i kości, synem powstańca (…). Wychowałem 8 – ro  dzieci,  z których 4 – ro służyło w polskiej armii (…) chętnie i z narażeniem się, niosłem pomoc Komitetowi Opieki nad Legionami (polskimi) w Szczypiornie. A nie mogąc nic u nowych władz wskórać grozi nawet wysadzeniem stawianego budynku w powietrze. Nie wiem jaki był ostateczny finał tej sprawy, czy pan Masło dostał w końcu parę groszy za swe krzywdy, czy przeciwnie – umieszczono go w zakładzie zamkniętym jako niebezpiecznego „psychola”. Ratusz, jak widzimy jednak stoi już równy wiek (będą jubileuszowe fety?), a nam, póki co popijającym piwo lub kawę w jednej z otaczających go knajpek, pozostaje zaduma o fortunie, która czasami jednak kołem się toczy.

Podoba‚ Ci się materiał? Udostępnij go i komentuj - Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna! Chcesz by podobnych materiałów powstawało jeszcze więcej?Wesprzyj nas!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze

Najnowsze