baner_AK
reklama-SWWS

Wojtyszki – mordownia czy azyl dla zwierząt?

Z informacji jakie udało nam się uzyskać mogłoby wynikać, że psy przebywające w schronisku w Wojtyszkach są katowane, głodzone i karmione paszą dla kur średnio trzy razy w tygodniu. Proceder ten trwać ma już od dwudziestu lat. Obecni pracownicy schroniska całkowicie zaprzeczają stawianym oskarżeniom i przedstawiają sytuację w zupełnie innym świetle. Rodzi się zatem pytanie – po której stronie leży prawda i czy medal zawsze ma dwie strony?

Schronisko w Wojtyszkach swoje działanie rozpoczęło w roku 2004, a jego założycielem był Longin S., który jednocześnie pełnił rolę właściciela Hotelu dla Zwierząt i Ptactwa Domowego. Mężczyzna zdecydował się na zakup działki o łącznej powierzchni 50 tys. m kw., prawdopodobnie będąc świadomym potencjalnego zysku, jaki uzyskać może dzięki swojemu przedsięwzięciu. 

Największe europejskie schronisko, mimo zgłoszeń do Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej oraz prokuratury, wciąż działało bez przeszkód. Osoby, którym zależało na dobru tamtejszych zwierząt, wynajęły w latach ubiegłych motolotnie w celu zebrania dowodów przeciwko temu haniebnemu procederowi.

Wykaz informacji publicznych z lat 2005-2010 wskazuje, że schronisko w Wojtyszkach przejęło co najmniej 5330 psów za kwotę, która opiewała na około 16 mln zł. Wciąż nieznany ma być los 2,5 tys. psów, które miały nie być udokumentowane adopcjami, padnięciami czy eutanazją.

Jak powiedziała nam Beata Czernecka z fundacji Fundacji Pomocy Zwierzętom Liberandum, Longin S. wybudował i zarządzał schroniskiem około 20 lat aż do momentu śmierci, kiedy to zarządcą tymczasowym została jego druga żona Anna S.. Longin S, jakimś cudem dostał wszelkie pozwolenia i wybudował największy moloch schroniskowy na 3 tys. psów. Taka kumulacja zwierząt to straszny poziom hałasu, brudu, odoru i bakterii – jest to szokujące i niebezpieczne zarówno dla zwierząt, okolicznych mieszkańców oraz środowiska. 

Jak podkreśla kobieta – od roku 2013 osoby prywatne i organizacje prozwierzęce składały zawiadomienia na zaniedbania i znęcanie nad zwierzętami do prokuratury, co opisywane było w licznych artykułach prasowych. Jednak każde z postępowań na przestrzeni lat było umarzane, a schronisko miało zawsze wsparcie w PIW Sieradz, prokuraturze i wójcie Gminy Brąszewice, który nigdy nie cofnął pozwolenia na prowadzenie schroniska.







– Nie pamiętam dużych boksów, w których przebywało po kilkadziesiąt psów – bo takowe istniały, jednak z biegiem lat oraz po wprowadzeniu nowych ustaw, zostało to zmienione. W kaliskim schronisku, w którym również pracowałam, psy „naście” lat temu często wiązane były na łańcuchach – tak niestety kiedyś wyglądały realia –  powiedział pracownik schroniska dla zwierząt w Wojtyszkach.

Kobieta podkreśliła również, że ludzie zapomnieli o tym, że założeniem schroniska nie było posiadanie tysięcy zwierząt. Było to pierwsze w Polsce schronisko dla gmin i okazało się być studnią bez dna. Zanim pojawiły się programy kastracji i sterylizacji, które funkcjonują od około 6 lat, i to nie wszędzie, problem był ogromny. Od roku 2016 pojawiła się moda na schroniska prywatne i w okolicy Wojtyszek powstało ich kilka. Psów zrobiło się mniej nie tylko dlatego, że bezdomność spadła, a ze względu na to, że lokowane były również w innych miejscach.




















































W schronisku pracuje około 20 osób, a pracownicy tłumaczą, że sytuacje, w których zwierzęta zostają całkowicie same nie występują – zwłaszcza, że większość pracowników mieszka tam na miejscu. Za absurd uważają także stwierdzenia, że podczas świąt psy nie jedzą i dodają, że czworonogi nigdy nie zostają bez opieki: „… codziennie mają posprzątane, są nakarmione i nie brakuje im wody”. 

Aktualnie, w związku z wejściem w życie ustawy mówiącej między innymi o wygospodarowaniu dla zwierząt adekwatnej przestrzeni, schronisko w Wojtyszkach przygotowuje się do powiększania boksów, które będą musiały być dostosowane do danego zwierzęcia. Jak twierdzą pracownicy placówki – z racji położenia i „złej sławy” schroniska, psy nie mają za wiele okazji do wyjścia na spacer z odwiedzającymi, bowiem liczba chętnych jest mała. 

Na ten moment w schronisku przebywać ma około 500 psów. 

Annę S. spotkałam w momencie, gdy przejmowała schronisko – zostało ono wtedy zamknięte na kłódkę, ludzie nie mieli już możliwości wejść, ani przygarnąć psa nawet w procesie adopcyjnym, bo trwały one miesiącami i ludzie natrafiali na coraz to nowe utrudnienia. Gminy płaciły za psy astronomiczne kwoty – psy które nie miały szansy wyjść i tylko teoretycznie były do adopcji, a faktycznie miały siedzieć i powiększać faktury gmin. Ich kontrole były wizytami towarzyskimi lub nie było ich wcale, a psy były nieleczone i zaniedbane, nie mając szansy na wyjście. Dwa lata temu zdecydowałam się na podjęcie działań zmierzających do adopcji trzech czworonogów. Wypełniłam bardzo obszerną ankietę przedadopcyjną, która składała się z 13 stron. Przez trzy miesiące nie byłam w stanie wydostać stamtąd nawet jednego psa. Mogłam zapewnić zwierzętom dom z ogrodem i dobre warunki – to jednak nic nie zmieniało. Wtedy zaczęłam zastanawiać się o co tak naprawdę chodzi. W tamtym czasie w schronisku przebywało 1450 psów, a wcześniej dochodziło do tego, że ich ilość sięgała 3-4 tysięcy. Zaczęłam zastanawiać się dlaczego schronisko nie chce wydawać psów do adopcji, jeśli dana osoba spełnia warunki i jest gotowa na podjęcie takiego kroku. Usłyszałam wtedy, że 60 gmin oddaje psy do Wojtyszek i obowiązuje tam stawka 11zł/dzień, czyli bardzo dobry zarobek na każdym jednym psie. Mimo zapisów w umowach o obowiązku promowania i przekazywania do adopcji psów, schronisko bezprawnie je przetrzymywało latami.

Beata Czernecka z Fundacji Pomocy Zwierzętom Liberandum

Z wypowiedzi pracowników schroniska wynika jednak, że Beata Czernecka miała problem z adopcją, ponieważ zainteresowały ją aż trzy psy. Jeden z nich był bardzo chory – cierpiał na czyraczycę odbytu, druga suczka zaś – dzika, a sama zainteresowana nie chciała odebrać zwierząt osobiście. Podczas wizyty przedadopcyjnej miało okazać się, że Czernecka po zakończeniu pandemii planuje powrót do Niemiec, a kiedy to nastąpi, miałaby zorganizować inną opiekę dla zwierząt. W związku z powstałymi obawami, schronisko postanowiło wydać kobiecie tylko jednego psa – „… i wtedy wszystko się zaczęło” – skwitowała pracowniczka.

Skonfrontowana z głosami mającymi świadczyć o niewydawaniu bądź utrudnianiu wydawania zwierząt tłumaczy: „Ludzie nie biorą zwierząt do siebie do domu, tylko pod płaszczykiem adopcji przerzucają je do innych schronisk. Niepoważna jest również chęć zabrania trzech owczarków kaukaskich, kiedy zainteresowany zamieszkuje kawalerkę. Są też oczywiście normalne adopcje i przyjeżdża tu mnóstwo normalnych, zwykłych ludzi, z którymi z chęcią współpracujemy.” Kobieta podkreśliła również, że do schroniska przyjeżdżają często psy ze śrutem w macicy, jądrach, w innych miejscach – „… na wsi do psów się strzela, a posądza o to nas” – dodaje

– W zeszłym roku przebywał u nas starszy piesek z Łasku. Z pierwszej adopcji wrócił, ponieważ miał padaczkę i podczas jej ataków na tle nerwowym gryzł na oślep. W dobrej wierze wydałam go do kolejnej adopcji, a po czasie czytałam, że jest to główny dowód na to, że tutaj jest tak źle. To był pies, który cierpiał na padaczkę lekooporną, był stary i chory. Miał odejść w schronisku, czy potencjalnie dobrym i spokojnym domu? – pyta jedna z pracowniczek. – Z tego robi się błędne koło i boimy się wydać zwierzę do adopcji, jeśli ma zadrapanie pod okiem, bo ktoś powie, że jest przez nas bity. Każdego psa oglądamy, jak to się mówi „od piździeli do gardzieli” – mówi kobieta. 

Beata Czernecka wraz ze zwierzolubami przez dwa lata zbierała informacje na temat Wojtyszek. Kobieta powiedziała nam, że udało jej się pomóc w adopcji około 450 psów w tym czasie. Kobieta tworzy ogłoszenia, przechodzi wszelkie procedury adopcyjne z przyszłymi właścicielami oraz uświadamia gminy, które nie zapewniają swoim psom opieki, mimo że jest to ich obowiązek.

W zeszłym roku schronisko miało zarobić 6,5 mln zł.

W wyniku nagłaśniania sprawy w listopadzie ubiegłego roku prokuratura w składzie 200 osób weszła na teren schroniska, zabierając stamtąd w trybie ratowania życia 104 zagłodzone zwierzęta. Jak przekazała nam Czernecka, Annie S., zarządcy i właścicielce schroniska w Wojtyszkach oraz Kindze Z., lekarzowi weterynarii postawiono zarzuty znęcania nad zwierzętami, ze szczególnym okrucieństwem. Kontrole wykazały, że warunki w Wojtyszkach, gdzie przebywało ponad 1,5 tysiąca psów z ponad 60 gmin z całej Polski, są nieodpowiednie dla zwierząt. 

– Gdyby mieli zabierać nasze psy, zrobiliby to już w listopadzie – komentuje pracowniczka, którą zapytaliśmy o działania podejmowane przez Beatę Czernecką oraz „Pogotowie dla Zwierząt”. Przekazała nam, że podczas interwencji zabranych zostało 67 psów, 4 koty i 33 króliki. Z perspektywy pracowników schroniska, działania te były naciągane. Podkreślają oni również, że lekarz weterynarii wytypowany przez policję z Ostrowa Wielkopolskiego, miał stwierdzić, że dwa psy są chore, ale może przepisać im odpowiednie leczenie i mają zostać w schroniskowym gabinecie. 

Biegła w naszej obecności zadzwoniła do pani prokurator, że zabrane ma zostać 70 psów – tak, jak mówiono już reporterce z łódzkiej telewizji jeszcze przed wejściem na teren schroniska. Transport zwierząt też był zatrzymany, bo go nie mieli. Psy były zamknięte w chłodni ponad 3 godziny, a po wielkich awanturach uchylono im drzwi, żeby się nie podusiły. Zamknięcie ich, rzucenie później świateł reflektorów, kabli i innych rzeczy na te klatki nie jest absolutnie rzeczą humanitarną. Z naszej perspektywy wyglądało to niestety zupełnie inaczej niż się to pokazuje – dodaje jeden z pracowników.

– W obecnych czasach wszystko wrzucane jest na Facebook’a, a osoby, które tu nie były i słyszą jedynie powielane informacje, rozprzestrzeniają je dalej – tak, jak i my kiedyś. Śmieszne jest, że z jednej strony piszą, że psy, które do nas przychodzą od razu umierają, z drugiej zaś, że pies w naszym schronisku trzymany był 13 lat na siłę. Czyli jak w końcu jest? – pyta pracowniczka.








– W zeszłym roku zrobiłyśmy wizyty poadopcyjne ludziom z Warszawy, którzy zaadoptowali nasze psy. W żadnym z domów nie było ani jednego z nich. Były to adopcje przeprowadzone przez panią Beatę Czernecką, którymi chwaliła się na swoim profilu na Facebook’u. Jeden z wolontariuszy warszawskiego schroniska „Na Paluchu” zapytał dlaczego szczyci się nimi publicznie, skoro psy te znajdują się w ich schronisku – mówi druga z kobiet dodaje – Nie jesteśmy w stanie być ze wszystkim na bieżąco, ponieważ skupiamy się na zwierzętach, które mamy pod opieką na miejscu

Kobieta przytoczyła historię adopcji psów, które były znalezione na ulicach Warszawy. Miały być to adopcje „na słupa”, który wyrzucał psy na terenie tego miasta.

Psy, które sama wydawałam były znalezione na ulicach Warszawy i były to adopcje na tzw. słupa, który wyrzucał psy na terenie Warszawy. Miałyśmy wspaniałego, dwunastoletniego psa, który był ślepy i głuchy, a większość życia spędził w schronisku – pan go adoptował, a odnaleziony został na ulicy i wydaje mi się, że wciąż znajduje się „Na Paluchu”. Znalazłyśmy tam około 20 naszych psów. Także pan z Poznania zaadoptował pieski, które od zawsze były razem. Przeszły traumę w wyniku śmierci właściciela. Jeden z tych psów trafił do schroniska, natomiast dopiero po roku udało się nam ustalić, że drugi ma nowy dom. Wydałyśmy tę parkę mężczyźnie, który zarzekał się, że zależy mu na tym, żeby były ze sobą, a one zostały rozdzielone – powiedziała.

Te wszystkie psiaki, które stamtąd wyciągałam, wtedy jeszcze jako osoba prywatna, miały zapewnione kontrole weterynaryjne. Podczas rentgenu okazywało się, że jeden z psów został podziurawiony śrutem trzynaście razy, a kolejny sześć. Psy, które stamtąd wychodziły żyły dwa tygodnie, miesiąc. Przeciętnie pies w innych schroniskach spędza ok. 6 miesięcy, w przypadku Wojtyszek to 10-12 lat… Boks betonowy 2×2, w którym psy nic nie widzą. Jest tam wybieg hodowlany, z którego nie korzystają – to zwykła pokazówka.

Beata Czernecka

Gminy kompletnie nie interesują się tym, co dzieje się z ich zwierzętami po tym, jak trafią do schroniska. Nie weryfikują czy realizowane są zapisy umowy z gminą. Jedynie płacą faktury nie myśląc, że jest rzeczą kuriozalną, iż psy siedzą nawet po „naście” lat… Mimo licznych maili i telefonów do gmin a propos sytuacji zwierząt w schronisku w Wojtyszkach, gminy nie zmieniały swego działania i nadal pozostawiały psy w miejscu, gdzie nie jest zapewniona ani opieka, ani żywienie, ani leczenie.

Beata Czernecka

Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt również podkreśla, że gminy zostały niesłusznie uznane jako strony pokrzywdzone. W jego opinii wiele z nich jest współwinnych krzywdy przebywających tam istot, w związku z czym i one powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności. 

– W listopadzie policjanci wraz z prokuraturą spędzili dwa dni w schronisku, by móc dokładnie ocenić stan przebywających tam zwierząt i odebrać w trybie zagrożenia życia wiele z nich. Jak zatem osoby z gmin, które spędzą tam godzinę czy dwie, są w stanie prawidłowo ocenić ich stan? Od interwencji, która miała miejsce w listopadzie ubiegłego roku udało nam się zabrać jedynie 40-50 psów z tego miejsca, wszelkie działania są bardzo utrudnione.

Pogotowie dla Zwierząt proponuje gminom odebranie zwierząt ze schroniska w Wojtyszkach całkowicie nieodpłatnie, jednocześnie oferując im nowe azyle, które są w stanie zapewnić wszystko, czego potrzebować będą zwierzęta – w tym także opiekę weterynaryjną. Z niewiadomych powodów wiele z nich stawia warunki, żądając w zamian za zerwanie umowy z Wojtyszkami, przeniesienia do innych schronisk i azyli. Jak powiedział Bielawski: „Mimo dużo lepszych warunków niż te, w których żyły i żyją dotychczas”, co wydaje się być zupełnie nielogiczną oraz niezrozumiałą decyzją.

– Nie możemy wejść tam siłą, ale kto wie, jeśli nic się nie zmieni w ciągu najbliższych tygodni, może faktycznie będzie trzeba to zrobić – podsumował Grzegorz Bielawski.

Gmina Brąszewice, Brzeźnio, Łask oraz gmina Zgierz nie chcą zrywać umów ze schroniskiem w Wojtyszkach, mimo zarzutów, które zostały im przekazane drogą mailową przez prokuraturę. Nie interesuje ich transport oraz oddanie zwierząt za darmo. Gmina Wielgie przekazała fundacji 21 psów, jednak pomimo tego nie zdecydowała się na zerwanie umowy ze schroniskiem ani na jej wypowiedzenie.

 Mamy miejsca dla tych zwierząt, ale nic ich to nie obchodzi. Chcą w dalszym ciągu ładować kasę Siemińskiej, bo dają sobie łapówki pod stołem. To jest dramat! Posiadamy miejsca, których nie możemy wykorzystać, tracimy je cały czas, bo gminy nie chcą współpracować – powiedziała Beata.

Kobieta podkreśliła, że przez ostatni miesiąc gmina Brzeźnio wraz z gminą Brąszewice wyrażały chęć oddania psów, a dodatkowo nakazały sporządzenie projektu umowy, który jednak nie spotkał się z ich akceptacją.

– Zaproponowaliśmy, żeby sami napisali umowę, która będzie im pasować, a my ją podpiszemy. Gmina Brąszewice stwierdziła, że nie posiadamy schroniska i nie odda nam zwierząt, mimo że mamy miejsca dla nich w schroniskach, fundacjach, domach stałych i tymczasowych – dodaje.

Pracownicy schroniska w Wojtyszkach twierdzą z kolei, że część gmin została zastraszona do tego stopnia, że jedna z urzędniczek zmieniła nazwisko, ponieważ z informacji, które posiadają wynika, że zaczęto wyciągać prywatne informacje z życia kobiety. Urzędnik z innej gminy po prostu zrezygnował, bo nie był już w stanie słuchać obelg. 

Dane otrzymane od schroniska w Wojtyszkach

– To się odbywa tak, że zabierają zwierzęta szukając „haka” na nas i gminy – nie robią tego w dobrej wierze. Procent upadków liczą od zwierząt przyjezdnych, natomiast adopcji od zwierząt wszystkich. Robią to tak, jak jest im to na rękę – odpowiada jedna z pracowniczek. 

Wiele schronisk po przyjęciu zwierząt z Radys, miało obiecane zwrot kosztów za kastrację, sterylizację i czipowanie ze strony Pogotowia dla Zwierząt, jednak z informacji uzyskanych od pracowników z Wojtyszek wynika, że żadne z nich nie otrzymało obiecanych pieniędzy. Sytuacja podobnie miałaby wyglądać w przypadku zwierząt zabranych interwencyjnie właśnie z tego miejsca – ludzie po dziś dzień nie mogą doprosić się uregulowania płatności – podkreślili.

Rolę zarządcy sukcesyjnego jeszcze niedawno pełniła Natalia Borczyk, jednak zdaniem Beaty Czerneckiej, w wyniku nakładanej na nią presji oraz zaangażowania ze strony Czerneckiej, kobieta z początkiem kwietnia zrezygnowała ze sprawowania tej funkcji. Aktualnie miejsce to objęła Elżbieta Kin, która na co dzień miałaby zajmować się wróżbiarstwem.

Weterynarz Kinga Z. w dalszym ciągu operuje i kaleczy zwierzęta. Dwa tygodnie temu odebrałam psa z gminy Zgierz, którego Wojtyszki nie chciały oddać – powiedzieli kobiecie, żeby zmieniła sobie psa na innego. Wszystko dlatego, że nabył infekcję oraz niegojącą się ranę po kastracji. Sadystka, która wciąż pracuje w schronisku dalej operuje zwierzęta i dalej je uszkadza. Cały czas zbieramy nowe dowody dla prokuratury, cały czas zasypujemy ich dokumentami. Psy nie wychodzą do adopcji, mimo iż na ten moment posiadamy listę 20 osób zdecydowanych na zapewnienie domu któremuś z piesków.

Proszę sobie wyobrazić jakie to są łapówki, jakie to są układy. 20 lat to sobie hula i mimo zarzutów, mimo że chcemy zabrać zwierzęta całkowicie nieodpłatnie w dobre miejsca, gminy nadal chcą płacić. Zrezygnowały tylko gminy, które miały tam niewiele psów. Gminy na tym zarabiają tak, jak i powiatowi, wszyscy są w tym uwikłani, dlatego jest to tak silne.

Beata Czernecka

– Poprzednia zarządczyni została zastraszona, otrzymywała groźby, telefony i ze strachu zrezygnowała. Publicznie udostępniony był jej adres, numer telefonu i to jest przerażające. Nikt tak jak my, nie chce codziennie wysłuchiwać, że ktoś nas zabije, że mamy krew na rękach, że jesteśmy mordercami. Ogólnie jesteśmy do tego stopnia zastraszeni, że nie uczęszczamy do miejsc, w których można spotkać kogoś, kto nas rozpozna. Miałam wielu znajomych, którzy na ten moment nie utrzymują ze mną kontaktu, bo nie rozumieją jak mogę pracować w „mordowni”. Przecież nie można pracować w schronisku ze złą sławą, bo te psy nie zasługują na to żeby ktoś je k*rwa kochał – mówi pracowniczka.

– Moi znajomi nie wiedzą gdzie pracuję. Jestem samotną matką, nasza szefowa jest samotną matką, nasza pani doktor jest samotną matką – wszystkie mamy małe dzieci, które nie mogą chodzić do szkoły w okolicy, bo wszyscy wszystko wiedzą. Gdyby ktoś powiedział parę lat temu, żebym się tutaj pojawiła i w tym tkwiła, mając świadomość jak to wpłynie na moje życie, nie wiem czy bym się tego podjęła. Przyjeżdżając z bardzo daleka, planowałam spędzić tu dwa tygodnie i zobaczyć jak to faktycznie wygląda. Byłam jedną z tych osób, które wpłacały pieniądze na rzecz „Pogotowia dla Zwierząt” i do teraz śmieją się ze mnie z tego powodu. Wspierałam ich interwencję w okolicach Bydgoszczy, podczas której zabierali bulteriery, które – jak mnie później poinformowano – trafiły do Wojtyszek. Bielawski zbierał na ich rzecz pieniądze, mówiąc, że je hoteluje, a te psy siedziały tutaj – dodaje jej współpracowniczka.

Dodatkowo Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Sieradzu prowadzi postępowanie w kierunku czterech budynków mieszkalno-użytkowych, postawionych na działce 47/1 w Wojtyszkach. Miały one powstać w ramach tzw. samowoli, bez żadnych dokumentów 20 lat wcześniej, czyli w 1994 r. wg prawa budowlanego z 1974 r., żeby nie płacić kar za legalizację. Z informacji zamieszczonych przez Iwonę Holę wynika, że PINB w Sieradzu nie jest świadome tego, że schroniskiem w Wojtyszkach interesował się program „Uwaga”, prasa lokalna oraz że ogólnodostępne są zdjęcia robót budowlanych wykonywanych przez państwa Siemińskich. Więcej zobaczyć można TUTAJ.

 „Budowa w 2013 r., zakończona w 1994 r.” – czytamy we wpisie Iwony Holi.
 
 

Jako osoba tworząca ten artykuł, a przede wszystkim miłośniczka psów, słysząc z różnych stron nieprzychylne opinie oraz przeglądając liczne treści dotyczące sytuacji schroniska w Wojtyszkach, byłam bardzo zaniepokojona informacjami, które do mnie docierały. Muszę przyznać otwarcie, że tekst ten w pierwotnej wersji przybrał formę „nagonki” na wspomniane schronisko. Decyzję o całkowitym przeformatowaniu treści podjęłam dopiero po złożeniu osobistej wizyty w tymże miejscu. W żadnym stopniu nie czuję się specjalistą, uzurpującym sobie prawo do oceny stanu przebywających tam zwierząt, niemniej patrząc przez pryzmat „zwykłego” człowieka, mogę powiedzieć, że nie zauważyłam, aby znajdujące się tam zwierzęta, które miałam okazję poznać, były w jakikolwiek sposób zaniedbane. Podejście pracowników również nie wzbudzało moich wątpliwości, a na każde z zadanych pytań otrzymałam treściwą odpowiedź. Dobrze znali oni również wszystkie zwierzęta, o które dopytywałam. 

Podjęty przeze mnie temat z pewnością pozostawia jeszcze wiele niejasności, jestem jednak zdania, że każdy medal ma dwie strony, a to co przychodzi nam z największą łatwością – ocenianie – warto zastąpić realną pomocą. Jak wspomniałam na samym początku, psy z Wojtyszek nie mają za wielu okazji do spacerów z odwiedzającymi, bowiem schronisko znajduje się „po środku niczego”, przez co i dotarcie tam może wydać się nieco problematyczne. Zachęcam jednak do kontaktu (512 324 940) i wizyty, nie tylko w celu wyrobienia sobie własnej opinii, ale również pomocy schroniskowym zwierzakom! 

Fot.: Marcin Wojciechowski, Beata Czernecka, Pogotowie dla Zwierząt, Iwona Hola, archiwum własne

Podoba‚ Ci się materiał? Udostępnij go i komentuj - Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna! Chcesz by podobnych materiałów powstawało jeszcze więcej?Wesprzyj nas!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze

Najnowsze