reklama-SWWS
baner_AK
pekao_firmowe_012023_1200x200_

Sodoma i Gomora na Grodzkiej

No i trzeci odcinek naszej okołoświątecznej trylogii. W pierwszym – że przypomnę – na okoliczność Świąt biły (fakt, że czasem głucho) dzwony u św. Mikołaja, w drugim – pociągami przybywali do Kalisza świąteczni goście. W tej natomiast gawędzie opowiem, gdzie – kiedy rodzina nie chciała (nie mogła) przyjąć ich pod swój dach – mogli się na tych parę dni zatrzymać…

Rzecz będzie więc o kaliskich hotelach. I – by uściślić – nie o wszystkich, tylko o tych, które przed ponad wiekiem przyjmowały przyjezdnych zaraz za rogatkami miasta. Przybywających do nas od północnego-wschodu –  po drugiej, południowo-zachodniej stronie zaraz (niecałe 10 km) za granicą miasta była przecież granica państwa i ruch, siłą rzeczy, był tam zdecydowanie mniejszy. Uściślę też czas trwania akcji: przełom XIX i XX wieku, zatem bystry jak zawsze Czytelnik zauważy, że: 1. budynków wspomnianych rogatek (warszawskiej i stawiszyńskiej) już wtedy nie było – zdmuchnął je wiatr historii i inne przypadłości dziejowe, ale 2. – nie było jeszcze w Kaliszu kolei, zatem nawiązanie w narracji ze wstępu do poprzedniego odcinka, w którym do Kalisza jeździło się już pociągami, ma znamiona licentia poetica. Czyli – podsumujmy przydługi wstęp – od strony Warszawskiego Przedmieścia wjeżdżają do nas utrudzeni podróżą goście i przede wszystkim meldują się w jednym z licznych hoteli na Kanonickiej i Grodzkiej. Hotelarscy inwestorzy z tych ulic brali też zapewne pod uwagę fakt, że tuż obok znalazła się, przeniesiona z Mariańskiej poczta, przy której zatrzymywały się podróżne dyliżanse.

Domów gościnnych, i to nie tylko na wspomnianych ulicach, było zawsze w Kaliszu sporo.  Rolę pierwszych z nich, już w XVIII w., spełniały zajazdy i karczmy. Taką prowadził na przykład pan Jastrzębski przy Nowym Świecie (od nazwy „lokalu” wzięła potem swą nazwę cała ulica), okryty kontrowersyjną sławą zajazd istniał też na Stawiszyńskiej. Nieco później w centrum – choć wówczas to także było zaledwie przedmieście (Wrocławskie) – pojawił się luksusowy Hotel de Pologne, w jego pobliżu przy Józefince  konkurencję próbował mu stworzyć hotel Imbacha (dziś Europa), bardzo solidną markę miał też hotel Berliński – Europejski na Mariańskiej. No, ale my – jak się rzekło – dzisiaj biegamy z czemodanami po Kanonickiej i Grodzkiej.

Jest duża szansa, że coś dla siebie znajdziemy, bo w owym czasie, na odcinku niespełna dwustu metrów, swoje usługi noclegowo-gastronomiczne oferowało… osiem hoteli.

Na obu rogach Garbarskiej i Kanonickiej stały, naprzeciw siebie, dwa z nich. Na narożniku bliższym Rynku funkcjonował skromniejszy, mniej znany, za to bardziej pechowy hotel Gdański. Kamienica, w której funkcjonował, została niemal doszczętnie zniszczona w czasie wielkiego pożaru dzielnicy w roku 1852 i w ten sposób istnienie tego gościńca dobiegło kresu. Za to po drugiej stronie, niezrażony kryzysem lat I wojny, rozwijał się hotel Wiedeński. Za jego twórcę uważa się pierwszego naczelnika kaliskiej straży ogniowej Roberta Pusha. Urodzony w 1813 r. w Brzegu na Śląsku, do Kalisza przybył dwadzieścia lat później i tutaj został buchalterem (księgowym – kasjerem?) w fabryce sukna Repphanów. Po ożenku z Amelią z Neugebauerów decyduje się zainwestować w branżę hotelową i w 1840 r. przy rynku w Kaliszu otwiera swój pierwszy „dom gościnny”. Siedem lat później zakład przenosi się na Kanonicką, gdzie gości będzie przyjmował jeszcze wiele lat. Samą kamienicę (choć jest hipoteza, że już wtedy był tam hotel) pan strażak nabył od dawnego właściciela – Maxa. Hotel Pusha – po kilku latach współwłaścicielem zostaje Emil Fraudenberg – posiadał 28 apartamentów, w zimie, na życzenie gości pokoje ogrzewano przed ich przybyciem.

Do tego prenumerata prasy, stylowe meble – niewykluczone, że w stylu „plecionki wiedeńskiej” – a jako startery w pokojach na gości pewnie (?) czekały sernik i kawa po wiedeńsku.

Push umiera w 1873 r., kilkanaście lat później hotel zakupuje Sztrumb, a w 1904 posiadający już spore doświadczenie w branży – pan Przybylski. Właścicielami firmy w latach międzywojennych są kolejno panowie Jadźwiński i Oracz – ten ostatni dokonał remontu kamienicy i podwyższył ją o jedną kondygnację. Wśród gości tego hotelu warto wspomnieć o Stefanie Szolc-Rogozińskim, który schronił się tam przed ulicznymi awanturami swojej żonki Hajoty. „Zmora” szła za unikającym jej wzroku aż na ul. Kanonicką. Zaporą okazały się dopiero hotelowe drzwi, za którymi skrył się nieszczęśliwy mąż. Z kolei w międzywojniu we Wiedeńskim zatrzymał się Sławoj-Składkowski. Hotel, jak się rzekło, był luksusowy, zatem chyba nie w Kaliszu przyszedł premierowi do głowy pomysł propagowania budowy zewnętrznych drewnianych toalet z wyciętym serduszkiem w drzwiach – słynnych „sławojek”. Hotel funkcjonował do wybuchu II wojny, obecnie jest to mocno sfatygowana kamienica, a niektóre tam mieszkania osób „niedostosowanych społecznie” kilkanaście lat temu miałem okazję oglądać. Były w jeszcze gorszym stanie niż wygląd obiektu na zewnątrz. Symbolicznym świadectwem minionej świetności obiektu są jedynie drewniana, acz ozdobna klatka schodowa i rachityczna już dzisiaj metalowa konstrukcja daszku nad wejściem od strony Garbarskiej. A jeszcze trzeba wspomnieć, że pod adresem Kanonicka 5 funkcjonował kolejny hotel – Corso, którego właścicielem był Józef Majewski.

No ale teraz już Grodzka – onegdaj Przygrodzka. Ulica niedługa, raptem – nie licząc ogrodzenia kościoła św. Mikołaja – sto metrów, a hoteli – zatrzęsienie. Zacznijmy od Victorii Józefa Kolera z restauracją Luna przemianowaną później na Moulin Rouge (a co!). Po I wojnie hotel przejął mniej kosmopolitycznie nastawiony pan Konarzewski, przemianowując restaurację – do działalności której sprowadził z czasem biznesową działalność w tej kamienicy – na Morskie Oko. Kolejnym (topograficznie rzecz ujmując) był hotel Saski Klemensa Krzepisza (Grodzka 10).

Obiekt mógł się już pochwalić oświetleniem elektrycznym, co mogło imponować, zważywszy że w powszechnym użyciu było wówczas jeszcze oświetlenie gazowe.

Rachunki za prąd musiały być pewnie spore, skoro i tu atutem hotelu były bogato ozdobiona i rzęsiście zapewnie oświetlona sala balowa i restauracja. Luksusowy wygląd ulicy z „tamtych” czasów najbardziej obecnie przypomina odrestaurowana fasada kamienicy, w której w 1922 r. Stanisław Przybylski – przedstawiciel znanej w Kaliszu rodziny zajmującej się biznesem hotelarsko-gastronomicznym  – otworzył hotel Francuski (Grodzka 9). Według pana Kościelniaka hotel z czasem przyjął nazwę Polski. Cóż, hotelu o takiej nazwie już na Złotym Rogu nie było, a nowa nazwa dobrze świadczyła o patriotycznych uczuciach właściciela. W 1930 r. przejęły go  Siostry M.B. Niepokalanej, a po II wojnie – starsi pewno pamiętają – funkcjonował jeszcze jako Grodzki. Później ulokował się tam oddział banku z żuberkiem w logo, obecnie zaś jest tam jedna z dwóch siedzib prywatnej szkoły Jagiellończyk, prowadzącej edukację nowoczesnymi, dalekimi od schematów, metodami.

Obok pan Oleszkiewicz stworzył hotel o nazwie Lipski (znowu alternatywny trop – to może jednak ten hotel – a nie Francuski – nazwany został później Polski?). Pal sześć nazwę – faktem zapisanym w kronikach jest natomiast przykre wydarzenie, jakie miało tam miejsce jeszcze w XIX w. Oto w jednym z pokoi, z miłosnych i szkolnych kłopotów – jak podawała ówczesna prasa – zastrzelił się 18-letni uczeń pobliskiej szkoły, J. Dobrski. Próbowano ratować  nadszarpniętą reputację – a to zatrudniając na szefa kuchni mistrza Matuszewskiego, a to zmieniając nazwę – jak napisałem wyżej – na Polski właśnie, a to unowocześniając wnętrza. Ale chyba coś nie mogło zagrać, bo właściciele zmieniali się często. Kolejnymi byli Władysław Trąbczyński – właściciel browaru z Tyńca, później kolejno panowie Oleszkiewicz,  Józefowicz, a po nich jeszcze pan Skupiński, który w stajniach żłoby higieniczne zainstalował. Najbliżej Szkoły Wojewódzkiej stał Hotel Drezdeński, od 1870 r. własność pana Tahna, spokrewnionego z Adamem Chodyńskim  – ich żony były siostrami. Dziesięciopokojowy hotel znany był też z restauracji, gabinetów (chyba jeszcze nie SPA?) i piwiarni z piwem Haberbuscha. Ale pan Edward był hazardzistą i w Paryżu… przegrał swój hotel w karty. Na przełomie XIX i XX w. właścicielem hotelu został więc Henryk Biskupski i to właśnie wtedy do Drezdeńskiego zaglądali państwo Niechcicowie (w realu – Szumscy). A później jeszcze Drezdeńskim zawiadywał pan Paszkiewicz, a kolejny twórczy nieład w hotelowej nomenklaturze wprowadza jedna z notatek, która właśnie ten hotel każe po 1914 r. nazywać Saskim (że niby co – tak mielibyśmy upamiętnić tych, co nas w sierpniu tegoż roku spalili?).

A skoro o tym mowa – losy budynków ułożyły się wówczas różnie. Część z nich nieźle oberwało od bomb lub ucierpiało od ognia, a inne – w tym właśnie Drezdeński – z pożogi szczęśliwie ocalały. Za to wszystkim hotelom z Grodzkiej „zaszkodziło” wówczas usytuowanie dworca kolejowego po przeciwnej stronie miasta. I tam, w kamienicy stojącej do dzisiaj koło hali targowej „pod Zegarem”, niemal natychmiast, pojawił się nowy hotel „International”. A na Grodzkiej ledwo koniec z końcem wiązali jeszcze przez pewien czas właściciele hoteli Wiedeńskiego, Francuskiego i Saskiego. I choć wieczorami  jeszcze tętniły gwarem lokale gastronomiczno-dancingowe: Louvre – przemianowany później na wspomniany Moulin Rouge, Cafe Imperial czy bar angielski (z napojami na lodzie Mixes, sensacyjną pięcioosobową Jazz-orkiestra, souper dansantami i niedzielnymi: Five o’clock tea), ale rozrywkowe życie z ulicy Grodzkiej powoli odchodziło w niebyt. Najbardziej cieszył się zapewne z tego wielebny proboszcz od św. Mikołaja – bardzo skądinąd zasłużony dla miasta ks. Jan Sobczyński (czemu nie ma jeszcze w Kaliszu jego ulicy?), który na temat tego, co się pod jego bokiem w hotelowych gniazdach rozpusty dzieje, miał wyrobiony pogląd. Gromy w tej sprawie ciskał niemal w każdym kazaniu, mimo że któryś dziennikarz przytomnie zwrócił mu uwagę, że im bardziej tam (jakoby) grzeszą, tym większą moc oczyszczającą ma modlitwa skruszonego (akurat!) grzesznika w murach pobliskiej świątyni.

A na koniec zagadka, którą zwykle rzucam grupom wycieczkowym, przechodząc ulicą Grodzką: dlaczego zdecydowana większość hoteli z tej ulicy lokowana była tylko po jednej, nieparzystej stronie? Odpowiedzi proszę nasyłać…

PS. Oczywiście nie będę wyjaśnieniem tego zjawiska zaprzątał głowy Sz. Czytelników w ten przełomowy i uroczysty czas. Odpowiedź jest prosta i świadczy o pragmatyzmie ówczesnych hotelowych inwestorów: hotele lokowali po północnej stronie Grodzkiej, by słoneczko przez większość dnia świeciło radośnie w okna położonych od strony ulicy apartamentów. Tak, miła Pani i drogi Panie – i o takim drobiazgu już wówczas potrafiono pamiętać…

Podoba‚ Ci się materiał? Udostępnij go i komentuj - Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna! Chcesz by podobnych materiałów powstawało jeszcze więcej?Wesprzyj nas!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze

Najnowsze