baner_FBAnt
Baner AWS
baner_apka_2

Wędrówki bez szkicownika | Podróż do Indii z Władysławem Kościelniakiem cz. 2

Nasz bohater z pewnością rozpakował już swoje walizki. Wyjął pędzle, farby, swój dziennik podróży, napisał kilka zdań i pewnie rzucił się w wir wielomilionowej metropolii, którą uznaje się za jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie. Witamy w Kalkucie – mieście ogromnych kontrastów.

Część pierwsza felietonu „Podróż do Indii z Władysławem Kościelniakiem”.

„Drogi Bohdanie!

Ochłonąłem już z pierwszego wrażenia, teraz kolej na solidne zwiedzanie. Ale jak to zrobić?
Bez pomocy samochodu w żadnym wypadku nie dam rady. Wyobraź sobie, że mieszkam w centrum miasta i do północnych krańców jest 25 kilometrów, a do południowych tyle samo, na szczęście miasto posiada „zaledwie” 30 kilometrów szerokości”.

Takimi słowami nasz kaliski podróżnik rozpoczął swój kolejny list zaadresowany do swojego przyjaciela Bohdana Adamczaka, który w tym czasie był redaktorem naczelnym gazety Ziemia Kaliska. List z oddalonego od Polski kraju o ponad 5 000 km, z odległych Indii, z kraju, którego obszar obejmuje ponad 3 miliony km2 (ponad 10 razy więcej niż Polska). Obecnie obszar ten zamieszkuje niemal półtora miliarda ludzi, niemal dokładnie tyle samo co Chiny.

Prawie cały obszar Indii znajduje się pod wpływem wilgotnego, monsunowego klimatu. U wybrzeży Półwyspu Indyjskiego przez cały rok trwa lato ze średnimi temperaturami 28-30 stopni Celsjusza, by podczas okresu chłodniejszego spaść do 20 stopni. Himalaje skutecznie osłaniają Półwysep Indyjski przed chłodnymi wiatrami wiejącymi zimą z północnego wschodu, mimo że na wysokości 6 kilometrów n.p.m zaczyna się strefa nigdy nie topniejącego śniegu.

Ten specyficzny klimat oraz żyzne, nawożone przez ogromne rzeki gleby, wpływają pozytywnie na rolnictwo, dzięki czemu Indie radzą sobie nieźle z problemem wyżywienia. Należy pamiętać, że w latach 2010-2015 przybyło tam ponad 100 mln ludzi.

Indie to kraj ogromnych kontrastów społecznych. Żyją tu obok siebie wszystkie warstwy społeczne. Tutaj naprawdę trudno się dogadać. Hindusi posługują się przynajmniej dwudziestoma dwoma podstawowymi językami.

Wymieńmy je, żeby uświadomić sobie złożoność życia w tym kraju; bengalski, hindi, maithili, sanskryt, tamilski, urdu, assamski, dogri, kannada, gudżarati, bodo, manipuri (zwany także emeitei-lon), orija, marathi, santali, telugu, pendżabski, sindhi, malajam, konkani i kaszmirski.

My mamy w Polsce tylko jeden język (nie licząc kilku lokalnych gwar), a czasami tak ciężko jest się nam dogadać. Dodam tutaj, że oprócz wymienionych głównych języków istnieje w Indiach prawie 20 000 dialektów, czyli języków, którymi posługują się stosunkowo małe grupy, społeczności czy plemiona. Jak wynika z badań, język hinduski jest czwartym na planecie pod względem ludzi posługującym się nim na co dzień po angielskim, mandaryńskim i hiszpańskim.

W XV wieku Krzysztof Kolumb, poszukując morskiej drogi do Indii, dopłynął do wschodnich wybrzeży Ameryki Środkowej. Ponieważ sądził, że to są Indie, nazwał mieszkającą tam ludność Indianami, choć powinni oni się nazywać po prostu Amerykanami. Ponieważ dominującą religią w Indiach jest hinduizm, który wyznaje 72% ogółu ludności, dlatego też mieszkańców Indii nazywamy Hindusami.

Wyznawcy tej religii starają się zachować wynikający z urodzenia podział społeczeństwa na kasty i chociaż system kastowy oficjalnie został zniesiony w Indiach w roku 1950, to jednak cały czas podtrzymywany jest przez poszczególne społeczności, na przykład poprzez zawieranie małżeństw tylko w obrębie własnej kasty. System kastowy dzieli ludność na warstwy społeczne.. Cztery główne warstwy stanowili: bramini – kapłani i mędrcy, kszatrijowie – rycerze i arystokracja, wajśjowie – rolnicy, kupcy, rzemieślnicy, siudrowie – służący. Ponadto mamy jeszcze grupę ludzi o najniższym statusie społecznym, tzw. haridżanów, uważanych za najbiedniejszych i przez to „niedotykalnych”, którzy stanowią obecnie ok. 10% procent ogółu.

Kolejnym wielkim problemem Indii jest ubóstwo. Jak podają niektóre statystyki, ludzi żyjących w skrajnej nędzy jest w Indiach ok. 40% ogółu ludności. Ci ludzie muszą przeżyć za ok. 1 dolara dziennie. Tak więc ok. 35% ludzi jest w Indiach stale niedożywionych.

Pan Władysław, ochłonąwszy zapewne po pierwszych wrażeniach, zapisał w swoim dzienniku: „Zaczynam od najbliższej okolicy. W początkach panowania Anglicy wybudowali tu wielki fort – najlepszy „bat na opornych”. Zresztą, nawiasem mówiąc, nigdy nie był potrzebny. Z czasem fort znalazł się w centrum Kalkuty, ale że „hołotę” trzeba było trzymać na dystans, fort otoczono wielkim placem o powierzchni 2 na 3 km. Plac ten po latach stał się jakby parkiem poprzecinanym pięknymi asfaltowymi ulicami, które obsadzono drzewami tropikalnymi, o oryginalnych kształtach.

Centralnym punktem tego Majdanu (wg miejscowej nazwy) jest Victoria Memorial. To jest gmach-pomnik z marmuru, służący jedynie dla samouwielbienia okupanta. W nim portrety królów angielskich, vice-królów i różnych lordów, trochę rycin i dawnej broni. Każdemu, kto zwiedzał Kalkutę, musi nasunąć się uwaga, że zamiast tego nadętego, pełnego pychy gmachu, można by wybudować co najmniej 3 szpitale”.

Kalkuta była z początku niewielką osadą handlową. Jej historię współtworzyli przynajmniej już przed 1600 rokiem kupcy i handlarze ormiańscy i portugalscy. W 1686 roku Job Charnock, kierownik jednej z fabryk Kompanii Wschodnioindyjskiej, poszukując nowych terenów, zainteresował się tą małą wówczas wioską. W 1690 roku ulokowano tam fabrykę, a także wybudowano fort. W tamtym czasie przebywało już na tych terenach sporo Europejczyków. Byli to przeważnie urzędnicy Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – korporacji zrzeszającej angielskich inwestorów z siedzibą w Londynie działającą od 1600 roku do 1858 roku, głównie na terenie dzisiejszych Indii. Przeważnie byli to kawalerowie, których od piastowanych urzędów nazywano „pisarzami”. Indie przypominały wtedy trochę „Dziki Zachód”, tyle że leżały względem Europy na wschodzie. Codziennością były bójki w restauracjach i uliczne awantury.

W 1773 roku Kalkuta awansowała do rangi miasta z siedzibą brytyjskiej administracji w Indiach, a populacja Anglików wzrosła do 100 tys. Aż do 1911 roku, gdy stolice kraju przeniesiono do Delhii, w Kalkucie Anglicy czuli się jak u siebie w domu.

Tymczasem, Pan Władysław opisuje swoje wrażenia i trzeba przyznać, że wie o czym pisze, co świadczy o jego dużej wiedzy i dobrym przygotowaniu się do podróży. Pisze więc dalej w swoim pamiętniku – „Plac opiera się z jednej strony o odnogę Gangesu. Jak ci bowiem wiadomo, delta Gangesu uważana jest za jedną z największych na świecie, toteż setki odnóg wpadają do morza, jednak gros z nich leży w granicach wschodniego Pakistanu, a że wszystkie wychodzą z jednego pnia – każdy kanał jest świętą rzeką tego samego koloru płynącej gliny”.

Życie jest jednak silniejsze. Kalkuta leżąca o 120 km od morza wykorzystała świętą rzekę i do portu położonego w głębi lądu wpływają nawet dziesięciotysięczniki. Rzeka wydaje się zatłoczona statkami oceanicznymi (wśród których często powiewa biało-czerwona flaga), barkami, promami i niezliczonymi ilościami łodzi przewoźników, oryginalnych w formie i interesująco pomalowanych. Przedmieście Howrah związane jest mostem gigantem, długim ponad pół kilometra o konstrukcji żelaznej wysokości 80 m. Gigant ten przytłacza rzekę i dzielnicę.

Kiedy zadałem pytanie, dlaczego konstrukcja jest tak olbrzymia i skomplikowana, można by znaleźć oszczędniejsze rozwiązanie, odpowiedziano mi: po co? Więcej stali w moście podnosi jego wartość. Hindusi zapłacą – nie mają innego wyjścia”.

Dodam, że most ten wzniesiono w 1941 roku i obejmuje on osiem nitek przeznaczonych dla ruchu kołowego. Jest on dzisiaj wielce nie wystarczający przy tak ogromnej ilości ruchu kołowego, którego całe sznury przeprawiają się na drugi brzeg: ciężarówki, samochody, taksówki, autobusy, tramwaje, ryksze, juczne wozy zaprzężone zwierzętami, tłumnie przeprawiający się na przeciwległe brzegi piesi: mieszkańcy, turyści i pielgrzymi. A za mostem? Druga część miasta – Howrah.

W mieście mieszają się różne narodowości. Widać to na cmentarzach i można poznać po przeróżnych świątyniach. W XIX wieku z Iraku przybyli tu Żydzi tworząc zamożną wspólnotę. Po II wojnie światowej większość z nich wyjechała do Izraela, USA i Wielkiej Brytanii. Jeszcze wcześniej byli tu Ormianie. Już w XVII w. najstarszy ormiański grobowiec pochodzi z 1630 roku. Tutaj żyła również albańska misjonarka Matka Teresa, która poświęciła życie, służąc ludziom opuszczonym i umierającym.

„Za słabe jest pióro, by Ci opisać jak to wygląda” – tak w liście, będącym swego rodzaju pamiętnikiem zwraca się do swojego przyjaciela nasz bohater –  „na razie jestem tym widokiem przerażony albo raczej oszołomiony: przelewający się tłum nędzy, śpiący żebracy wprost na chodnikach lub w najprymitywniejszych w świecie „schroniskach” w tysiącach nisz wydrążonych w każdej niemal ścianie domu. Tymczasem jadę w inny koniec miasta. Oglądam świątynię Jain, Digamber i Swetamber – niewielkie w otoczeniu palm, trawników, sadzawek. Zdejmuje sandały i wchodzę po marmurowych schodach. Jest właśnie nabożeństwo – dwóch mnichów spełnia czynności liturgiczne, stojąc przodem do udekorowanego kwiatami posążku twarzy niewieściej. Jestem jedynym widzem”.

Dla kontrastu wrzucę do jednego worka opisy kilku najważniejszych świąt obchodzonych bardzo widowiskowo w tym „kawałku” świata.

W Indiach prawie codziennie w jakimś zakątku kraju obchodzi się jakieś ważne dla danej społeczności święto. Przeważnie święta te łączą w sobie wielobarwne widowisko połączone z lokalnymi rytuałami i tradycjami. W Indiach żyją obok siebie wyznawcy sześciu najważniejszych religii. Każda z nich ma swoich mnichów, niezliczonych proroków, świętych i guru. Każda z religii ma też swoje obrzędy i tańce oraz rytuały. W czasie świąt odbywa się mnóstwo imprez kulturalnych, trwają jarmarki. Na dużą skalę odbywa się wtedy handel słoniami, a ulicami, w odświętnych strojach maszerują procesje niosące portrety swoich świętych. Wierni obsypują się białym proszkiem, składają krwawe ofiary ze zwierząt, aby w ich krwi umoczyć wizerunek bogini. Ryczą zabijane bawoły, trąbią pędzone przez poganiaczy słonie, których dosiadają ich właściciele. Wszystko to w huku ulicy, ryku zwierząt odgłosu trąb, bębnów, śpiewu  i nawoływania przewodników, a przy tym odgłosy wybuchu petard, wystrzały i klaksony samochodów.

Szamani odprawiają swoje modły, mężczyźni obdarowują kobiety wieńcami z kwiatów. Na ulicy wśród tłumów odbywają się śluby, trwają zakrapiane uczty i tańce, wyścigi wielbłądów. Wieczorem na ulicach płoną ogromne stosy na pamiątkę Holi, która spłonęła z woli potężnego króla. Migają lampki oliwne, płoną świece i kolorowe żarówki. Trwają barwne inscenizacje przypominające ważne wydarzenia religijne. Aktorzy odgrywają sceny z życia Kryszny. Figurka jest oblewana wodą, myta i umieszczana w srebrnej kołysce. W ofierze ludzie składają zabawki. Wielobarwny tłum przelewa się jak fala wezbranego Gangesu. Trwa niekończąca się uczta, a tancerze po spożyciu napoju o właściwościach halucynogennych wpadają w trans. Turyści, zwłaszcza kobiety, powinny trzymać się z dala od takich „atrakcji”. W Indiach żyje także około 25 mln chrześcijan i tylko garstka żydów w liczbie ok. 5 tysięcy. Większość z nich, choć pochodząca z rodzin o bardzo długiej tradycji, wyemigrowała.

W kwietniu tłumnie oblegają święte miejsca wyznawcy boga Ramy, obok chrześcijan wspominających ukrzyżowanie i śmierć Jezusa Chrystusa. W lipcu muzułmańskie święto ku czci Abrahama, który okazał swoje posłuszeństwo bogu, a w sierpniu Hindusi upamiętniają narodziny boga Kryszny. W listopadzie zaś kolejna rocznica narodzin pierwszego guru sikhów, założyciela sikhizmu Nanaka Jayanti. Wśród tego ulicznego zgiełku mieszają się także z tłumem wyznawcy Buddy – założyciela buddyzmu, który zmarł w 483 r. p.n.e. Nauczał, że najwyższym dobrem człowieka jest Nirwana – cisza i wieczny spokój.

„Po złożeniu ofiary wyszedłem przed świątynię, gdzie podziwiałem cukierkowość niemal odpustową jej otoczenia: odlewanych z żeliwa dekoracyjnych płotków, naiwnych posążków, mozaiki, sadzawek, fontann. Zauważam, że częstym elementem dekoracyjnym jest znak ognia.

Wyjeżdżam z krętych uliczek na ulice szersze, pełne życia: tłumów i dziesiątków krów, pędzących samochodów i oczekujących na klientów riksz. Wreszcie jestem w mojej dzielnicy, w której możesz wypocząć, nie oglądając tamtych widoków i przetrawić wszystko, co się widziało.

Wprawdzie to okres monsunu, ale dziś świeci słońce. Jest ogromnie parno. Gazety odnotowują do 98 proc. wilgotności powietrza. Włączam wiatraczek i urządzenie klimatyzacyjne, wskakuję pod ciepły prysznic (ciepły, bo zbiorniki znajdują się na dachach). Czuję się nieco lepiej. Potem duże szkło wody z lodem i z pomarańczowym sokiem. Zamykam balkon i zasłaniam okna, by odzyskać nadwątlone siły”.

PS Dziś pierwszy raz malowałem. Wyobraź sobie, że wilgotność powietrza ma duży wpływ na moje tempery, które po wyciśnięciu na paletę rozpływają się. Nic z moich zamierzeń szerokiego malowania.
Przy malowaniu towarzyszyło mi kilkunastu robotników portowych, którzy w przysiadzie cierpliwie i bez słowa przypatrywali się mojej pracy.

Następnego dnia:

„Na skraju centrum miasta oglądałem jeziorko, w którym swobodnie pływają taaakie ryby – nie wiem czy święte, ale oglądający dokarmiają je orzeszkami ziemnymi, które można obok zakupić.

Nie łapią ich nawet ci, którym przyniosłyby one pożytek, którego zawsze tam mało. Nasi rybacy dostaliby „gorączki” na sam ich widok, to przecież półmetrowe bestie. Obok na obszernych trawnikach rozgrywają mecze drużyny piłkarskie przedmieść, tak samo zawzięcie jak u nas. Nieco dalej kąpią się, myją, a nawet starannie czyszczą zęby setki Hindusów.

Wróciliśmy potem z przyjacielem nad Ganges, którego ramię przepływające przez Kalkutę nazywa się Hoogly, i wzdłuż niego idąc obserwowaliśmy życie rzeki. Statki wielkie i małe, pomocnicze, latarniowce i takie oryginalne w swojej formie, które dwa razy dziennie wyznaczają na rzece bojami drogę dla żeglugi. Ganges bowiem, dwakroć w ciągu doby ma odpływy i przypływy wysokie chyba ponad dwa metry.

Bujne jest życie rzeki, ale jak bujne jest życie brzegu! Tu wciąga się kotwice i łańcuchy kotwiczne, których setki metrów leży na pochyłym obetonowaniu, stoją łodzie przewoźników, myją się i kąpią Hindusi, zaś bliżej jezdni stoją sklecone szałasy czy namioty, a najczęściej są to płachty podparte bambusami i udające namioty. Pod nimi i wokół nich całe rodziny, a o ich zamożności świadczy wygląd opisanego wyżej „domu”. Wśród tego „bogactwa” składającego się z płachty nad głową i mosiężnych naczyń, oczywiście i dzieci, widzę zawieszone na konarze drzewa radio tranzystorowe z ludową muzyką wydobywająca się z głośniczków.

Obok przewala się tłum zajęty swoimi sprawami. Obojętny na to, co się dzieje obok, wałęsające się gromady rudych psów, których rasy nie doszukałby się nikt. W oddali wśród gęstwiny zieleni drzew, kopuła pałacu gubernatora, pałac sejmu, jedna z głównych ulic Chowringghee Road z hotelami i głównymi instytucjami Kalkuty, gdzieniegdzie wystrzela nowoczesny wieżowiec”.

Jeszcze jedną ciekawostkę można dzisiaj wyczytać w przewodnikach po Kalkucie. Otóż ciekawym zabytkiem w dzielnicy, którą właśnie podziwia Pan Władysław jest La Martiniere College, uczelnia ufundowana przez Francuza Claude’a Martina. Na początku swojej kariery był on ochroniarzem francuskiego gubernatora, ale zakończył karierę wojskową w stopniu generała dywizji. Zmarł w 1800 roku.

Na brzegach rzeki znajdują się przystanie skąd dopłynąć można do Ogrodu Botanicznego, założonego w 1787 roku (najstarszy na terytorium Indii). Założony został w celu badania miejscowych roślin pod kątem ich użyteczności i wykorzystania w innych krajach Imperium Brytyjskiego, jak również aklimatyzacji roślin sprowadzanych do Indii, np. chińskiej herbaty. Ze względów klimatycznych nie powiodły się próby przeszczepienia europejskich gatunków na grunt azjatycki. Dziś ogród zajmuje 120 ha powierzchni i posiada ponad 1500 gatunków roślin. 

Pan Władysław, czego na pewno zazdrościli mu czytelnicy „ZK”, dzielił się wrażeniami z pobytu w tak egzotycznym dla nas kraju. Oto, co zapisał w dalszej części swojego pamiętnika:

„Przerzucam wzrok znów na wielki Majdan upstrzony solidnie wykonanymi pomnikami królów, wicekrólów, lordów, admirałów angielskich, jest ich tu wiele, może ze dwadzieścia. Stoją wśród marmurów i kwiatów, odbijając się w sztucznych obetonowanych stawkach. Nie widzę pomników bohaterów Indii, chociaż nie – jest jeden! Na pewno jest! Poznaję na wysokim cokole pielgrzyma Indii, Ghandiego. Tylko dlaczego otoczono go dwumetrowej wysokości siatką? Podwójna siatką?! Patrzę pytającym wzrokiem na przyjaciela. Dlaczego?

Widzisz – odpowiada mi – Bengalczycy nie czują żalu do dziesiątka pomników okupanta, mają natomiast żal, że rząd ustawił im Mahatmę pochodzącego przecież z innej „parafii”, z innej dzielnicy. Nasz bohater, mówią, to Chandra Bose, ten, który do walki z Anglikami stworzył legion hinduski przy armii japońskiej.

Zresztą do czego dobrego może doprowadzić ten „żebrak z kijem”? – powiadają Bengalczycy. Im wydawała się słuszniejsza droga walki niż biernego oporu. Dopatruję się w tym pewnego podobieństwa do naszej walki z okupantem hitlerowskim”.

„Tymczasem ogrodzony pomnik mijają potoki samochodów, wśród których zauważyć możesz wozy A.D. 1920, autobusy z małymi okienkami bez szyb dostosowane do tropiku, tak samo jak nasze „zakitowane”, przeuroczo pomalowane ciężarówki. Są tam kwiatki, obrazki, dekoracyjki, a wszystkie „pudła” malowane na ostrą zieleń. Specjalnością kierowców bengalskich jest rozmaitość klaksonów. Oni „kochają trąbić” przede wszystkim prawdziwymi samochodowymi trąbkami przedziwnie powykręcanymi, które ryczą po przyduszeniu gumowej gruszki. Ten tłok samochodowy przepleciony jest dyliżansami, na których nierzadko i dach obładowany jest pasażerami. Kto by interesował się pojemnością takiego wehikułu, pamiętającego czasy królowej Wiktorii. Muszę do tego dodać, że obowiązuje tu ruch lewostronny, do którego do końca pobytu nie mogłem się przyzwyczaić”.

„Na skrzyżowaniach ruchem regulują policjanci stojący na podwyższeniu betonowym, a w wypadku braku podwyższenia betonowego stoją na uciętej przez pół pomalowanej w pasy beczce. Wokoło nich w pewnej odległości stoi wiele beczek – na wszelki wypadek. Nieodzownym rekwizytem policjanta jest parasol służący dla osłony przed słońcem i deszczem.

Zresztą parasol to oddzielna historia. Wydaje mi się, że po producencie Coca-Coli – producent parasoli to największy potentat finansowy. Kierowcy mają w umowie zagwarantowany przydział jednego parasola na rok dla siebie i drugiego do samochodu.

Codziennie przejeżdżam koło nowo budującego się wysokościowca i wciąż podziwiam misterną siatkę rusztowań z bambusu wiązanego sznurem jutowym. Ta siatka rusztowań niesamowicie powyginanych, że w niektórych punktach odchylenie od pionu wynosi jeden metr lub więcej.

Pnie się ta bambusowa pajęczyna do góry i nikt nie zna wypadku, żeby ten prymityw połamał się lub rozwalił. Gdzieś wysoko kręcą się lekko ubrani, często bosi robotnicy, którzy chudymi rękami i często prymitywnymi narzędziami wznoszą nowoczesne gmachy. Spotkać je jednak można dość rzadko. Stare domy tynkowane i potem malowane, w okresie deszczów wyglądają obskurnie z zaciekami i łysinami zmytej farby”.

WŁADYSŁAW KOŚCIELNIAK

Opracowanie Dariusz Pych

Felieton powstał na kanwie wspomnień Władysława Kościelniaka z podróży do Indii, które w 1965 roku publikował na łamach „Ziemi Kaliskiej”

foto: Blog zbiorów Specjalnych Książnicy Pedagogicznej im. A. Parczewskiego w Kaliszu.

foto: „Kościelniak życie, dzieło pasja”.  Album autorstwa Barbary Kowalskiej i Ryszarda Bienieckiego.

Cdn.

Podoba‚ Ci się materiał? Udostępnij go i komentuj - Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna! Chcesz by podobnych materiałów powstawało jeszcze więcej?Wesprzyj nas!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze

Najnowsze