Żarnecki: Jako ludzie żyjący w tej części świata jesteśmy szczęściarzami

O obecnych działaniach i przyszłych planach Fundacji CHOPS w rozmowie z Panem Romanem Żarneckim Prezesem Zarządu Fundacji. Rozmowę przeprowadził Loran Darwich.

Loran Darwich: Jaki cel przyświecał założeniu Fundacji? Kiedy nastąpił ten przełomowy moment, w którym stwierdził Pan, że jest to potrzebne?

Roman Żarnecki: To był ruch społeczny. Generalnie nie chciałem zakładać fundacji i byłem prawie pewien, że jej nie założę. Po pierwsze trzeba mieć trochę umiejętności administracyjno-zarządzających, a po drugie szkoda mi było na to tracić czas. Osobiście nie za bardzo się w tym widziałem, a sama idea wynikała chyba z tego, co ja przeżyłem.

Swego czasu poznałem Marka Kotańskiego, założyciela MONARU. W latach osiemdziesiątych był to człowiek-ikona, który ruszył całą Polskę, żeby robić coś z uzależnieniami, podczas gdy nie było środków, żadnego zainteresowania, a jakikolwiek program przeciwdziałania narkomanii nie istniał. Mimo tych wszystkich przeciwności zdołał on stworzyć coś naprawdę wyjątkowego i uważam, że miało to bardzo duży wpływ na moje życie, kiedy byłem młodym człowiekiem. Można więc powiedzieć, że taka iskierka poszła właśnie od niego.

Osobiście zawsze lubiłem pomagać i działać społecznie, co spowodowało, że powstał taki ruch, wokół którego zaczęli gromadzić się ludzie. Robiliśmy więc jakieś małe akcje, takie jak sprzątanie, pomagaliśmy komuś w trudnej sytuacji i potrafiliśmy tym osobom zorganizować potrzebne rzeczy. Z czasem po prostu zaczęło się robić tego coraz więcej i siłą rzeczy ludzie przyłączali się do naszych działań. W tym momencie to już zaczęło przybierać taki rozmiar, iż stwierdziłem, że łatwiej będzie funkcjonować w przestrzeni publicznej jako podmiot, który ma jakąś osobowość, szczególnie, gdy trzeba było gdzieś napisać pismo, czy otrzymać pozwolenie.

Poczułem wtedy, że nadszedł ten moment, również dlatego, że ludzie, którzy dookoła mnie się zgromadzili, a byli to różnorodni ludzie, bo ja kocham różnorodność, powiedzieli, że pomogą to zrobić i właśnie tak się to wszystko zaczęło.

W takim razie chciałbym zapytać – Co oznacza ten skrót Fundacja “CHOPS”, bo przecież nie chodzi o skok wzwyż, czy też w dal?

Tak się składa, że trochę też o to chodziło. Nad nazwą pracowałem bardzo długo. Zależało mi, żeby miała ona coś wspólnego z nadzieją, chciałem trochę pograć językiem i pobawić się nim. Tak właśnie zrobił się z tego CHOPS – taki do przeskoczenia, ponieważ wszystko co robimy, to są działania w takich obszarach społecznych, gdzie chcemy, żeby ludzie właśnie przeskoczyli z jednego miejsca na drugie.

Generalnie nie chodzi tylko o pomoc, żeby pomagać czy zrobić coś pozytywnego. Oczywiście szanuję organizacje, które to robią, ale naszym celem jest, żeby nastąpiła jakaś zmiana, czyli właśnie CHOPS – jakiś przeskok. Pełna nazwa to Chrześcijański Ośrodek Pomocy Społecznej – jakoś się to urodziło. Nie wstydzę się swoich korzeni i opowiadam o tym, kim jestem, ponieważ moje wartości to wartości chrześcijańskie. Nie mówię tego jednak w tym sensie, że zamykam się i tylko w tym obszarze działam, lecz mówię o naszych korzeniach, o tym, że chrześcijaństwo też ma swoje różne barwy i to właśnie tutaj jest przestrzeń dla każdego.

W takim razie czy można powiedzieć, że osoby, które są związane z fundacją, w większości wyznają wartości chrześcijańskie?

Nie, absolutnie. Nie przywiązujemy do tego żadnej wagi, to nie ma żadnego znaczenia. My w ogóle o to nikogo nie pytamy. Za to zwracam uwagę na wartości, które są dla nas ważne. Chodzi tu o szacunek do drugiego człowieka i miłość do bliźniego, czyli bardzo uniwersalne wartości. Na tematy religii w ogóle nie rozmawiamy z wolontariuszami.

Czym wasza Fundacja w główniej mierze się zajmuje? Czy mógłby Pan wymienić może najważniejsze akcje, które prowadzicie?

Najważniejsza jest myśl, ponieważ wszystko, co robimy, jest skupione wokół pewnej idei. Idea jest taka, żeby wspierać ludzi, którzy są w trudnej sytuacji. Niezależnie od tego, jakie to są okoliczności, ponieważ trudna sytuacja to nie tylko brak środków, czy braki materialne, ale też depresja, samotność, choroba czy nawet bezradność. Chcemy odpowiadać na problemy, z którymi ludzie się spotykają, ale w jakimś określonym celu.

Celem tym jest to, żeby ci, którzy od nas tę pomoc otrzymują, zechcieli zrobić coś dla drugiego człowieka. Osobiście uważam, że to jest moja metoda na mnie samego – ja ze swoich kłopotów wychodzę przez to, że pomagam innym i uważam, że pomaganie dla samego pomagania byłoby dla mnie bez sensu, jeśli nie przynosiłoby zmian. Tak więc ja prowokuję.

Doprowadzam nawet do takiego momentu, gdzie każdy, kto staje się podopiecznym, wypełnia ankietę w fundacji, według której my warunkujemy, że ma pół roku na to, żeby zrobić coś na rzecz innych. Jeśli ktoś przez pół roku nie wykona żadnej pracy społecznej, to przeprowadzamy z nim taką rozmowę: Hej, może mógłbyś jednak coś zrobić? Jeśli nie wiesz, co to może być, to my podsuniemy kilka pomysłów. Jeśli taki stan dalej będzie się utrzymywać, to nie będziemy takiej osobie chcieli pomagać.

Naszym zadaniem jest tak naprawdę aktywowanie. My pomagamy w trudnych sytuacjach po to, żeby takiego człowieka aktywować. Jest to sprawdzona metoda, ponieważ widzimy, że ludzie, którzy pozwolą się aktywować, to bardzo często ci sami ludzie, którzy wcześniej nie wierzyli, że mogą zrobić coś pozytywnego. Oni po prostu są tak zapuszkowali, tak zamknięci, że mówią: co może zrobić bezdomny, alkoholik, albo co może zrobić osoba chora, niepełnosprawna. Przecież możliwości są ogromne, tylko ci ludzie tego sobie nie wyobrażają, ponieważ mają masę swoich problemów.

Wszystkie akcje, które robimy służyły temu, żeby nie iść tylko w jednym kierunku, ponieważ na przykład nie każdy jest w stanie odnaleźć się w rozmowie z bezdomnym albo z alkoholikiem. Mówimy wtedy, że mamy przecież również osoby samotne, które nie są ani bezdomne, ani nie są alkoholikami, mamy też osoby niepełnosprawne czy samotne matki.  Tych obszarów jest naprawdę ogrom i jestem przekonany, że jesteśmy w stanie każdemu znaleźć zajęcie.

Czyli można powiedzieć, że osoby, którym na samym początku pomogliście, z czasem same zaczynają pomagać innym?

Chcielibyśmy, żeby tak było i w większości się to udaje. Stąd mamy taką liczbę wolontariuszy. Ja nie boję się robić dużej akcji, która wymaga wielu sił przerobowych, ponieważ nasze zasoby ludzkie są ogromne. Te śniadania czy kolacje wigilijne, które robiliśmy, to były ogromne przedsięwzięcia. Na ostatnim śniadaniu wielkanocnym wydaliśmy aż 700 porcji.

Przypomina mi się sytuacja, w której rozprowadzałem jako jeden z wolontariuszy śniadania wielkanocne i pamiętam, jaka niesamowita radość malowała się na twarzach tych ludzi, kiedy po prostu ktoś zdobył się na taki gest wobec nich, szczególnie, że często brak im było pieniędzy.

Czasami nawet nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że ktoś obcy, nieznajomy, przynosi nam coś z własnej woli i to potrafi dać ogromną siłę. Jest to jakaś magiczna siła, która potrafi człowieka czasami podnieść do góry i właśnie te momenty należy wykorzystać. W momencie, w którym człowiek tak pozytywnie się poczuje, trzeba go zapytać: Czy mógłbyś coś zrobić? To jest przecież fajne! Pokazujemy ludziom, że pomaganie, działanie w tych obszarach jest fajne.

Trzeba się tylko w tym odnaleźć, bo jeden dobrze się poczuje w tym, żeby zawozić te pakiety, a ktoś inny powie – ja wolę obierać marchewkę. Przecież nie chodzi teraz o heroiczne czyny, takie, że my całe tygodnie tam poświęcamy i zaniedbujemy swoje domy. Jeden jest w stanie się przełamać i iść do ludzi, a drugi nie, ale w zamian mówi, że zrobi coś innego. To jest nasze zadanie, żeby pokazywać, ile tych obszarów jest, żeby mówić – chodźcie razem z nami zrobić coś małego, ale jednak wspólnie zrobimy dużą rzecz.

W jaki sposób byliście w stanie pozyskać tylu wolontariuszy?

Drogi są dwie. Pierwsza jest taka, że najpierw pomagamy. Dla przykładu ostatnio przyszła do nas pani, która wstydzi się przychodzić do takich instytucji i mówi, że potrzebuje pracy. Powiedziałem jej wtedy: znajdziemy – to jest jeden dzień, to się stanie. Ona już niezwykle długo szukała pracy, miała określone wymagania, ponieważ miała dziecko. Zawsze powtarzam, że rozwiązanie gdzieś jest, nie ma sytuacji, która nie ma wyjścia, wystarczy dobrze poszukać. Po jednym dniu przyszła odpowiedź. Ta pani już dostała propozycję pracy i powiedziała, że też chciałaby w czymś pomóc. To jest ten obszar, gdzie przez pomaganie znajdujemy wolontariusza.

Z drugiej strony pozyskujemy wolontariuszy przez pozytywną energię tych, którzy dają, są zamożni, którzy mają swoje firmy, którzy dobrze funkcjonują i niczego im nie brakuje, ale chcieliby zrobić coś dobrego. My mówimy im wtedy: zobacz, jak zrobisz coś, to ma to sens. Zostań naszym wolontariuszem i zrób coś niewielkiego. My pokazujemy im możliwości. Obszarów, w których można coś zrobić, jest naprawdę dużo, a ludzie lubią widzieć efekty swojego działania. Nauczyłem się pokazywać, że jeśli ktoś nam coś powierza, coś daje i chce wziąć w czymś udział, to my pokazujemy, że to trafiło w takie ręce, to miało taki rozmach, a to miało taki zasięg.

Zawsze również dziękujemy, pokazujemy, podkreślamy co zrobiliśmy. To tych ludzi zachęca i dzięki temu później możemy liczyć na takie wsparcie. Ja nazywam ich naszymi wolontariuszami i nawet jeśli raz w roku zawiozą śniadanie, to wiem, że mogę na nich liczyć. Mam tę listę, dzwonię, piszę i przeważnie taka jedna akcja powoduje, że już na następny raz też chcą wziąć w niej udział, a może i przyłączyć się do czegoś innego.

Macie tak naprawdę przeogromną gamę obszarów, w których działacie. Sam osobiście pamiętam, jakie zdziwienie ogarnęło mnie, gdy przyszedłem do was do fundacji i tam po prostu był ogrom ludzi, którzy robili przeróżne rzeczy. Jedni wydawali ubrania, drudzy po prostu siedzieli i mogli ze sobą porozmawiać. Na samej deklaracji członkowskiej była masa wariantów działań, od pomocy w świetlicy środowiskowej po udział w giełdzie warzywnej. Osobiście zadziwiło mnie to, jak wiele można zrobić. Przechodząc teraz bardziej do konkretnych działań – ostatnio, gdy Pana widziałem, mówił pan, że jedzie do Pakistanu robić coś, co, jeśli się uda, to będzie naprawdę czymś dużym. Czy mógłby Pan o tym opowiedzieć?

Generalnie nie zamierzamy działać na terenie Pakistanu i prowadzić tam działań społecznych. Rok temu jednak dowiedziałem się, że w Pakistanie ma miejsce taki proceder, w którym ludzie pożyczają pieniądze na operację czy życie. Coś takiego, jak u nas provident, tylko my kupujemy za to telewizory i pralki, a tam biorą je, żeby przeżyć. W zamian muszą podpisać umowę prawną, która zobowiązuje ich później do odpracowania tego długu w cegielniach.

Te miejsca w niczym nie przypominają naszych cegielni. Jest to pole, na którym znajduje się glina i doprowadza się woda. Nie ma tam cywilizacji, nie ma sklepów, nie ma elektryczności, a oni tam mieszkają i pracują. Żeby spłacić taki dług, pracują czasami 14-15 lat i dłużej. Dzieci, zamiast się uczyć, pracują wraz z całą rodziną. Pracę wykonuje się ręcznie, a gdy ktoś nie zrobi normy, zostaje pobity.

W Polsce istnieje organizacja, która zbiera na to fundusze i wykupuje te rodziny, czyli spłaca dług. Organizacja ta troszczy się również o to, żeby rodzina po takim wyjściu miała źródło utrzymania i sobie poradziła. Teraz ja byłem to zobaczyć, ponieważ jako prywatna osoba wpłaciłem kiedyś pieniądze i przyłożyłem się do tego, żeby taką rodzinę wykupić. Zrobiłem to w ukryciu. Nie chciałem o tym mówić, ponieważ zrobiłem to dla samego siebie i dla tych ludzi.

Jednak z czasem, zgłębiając się w ten temat i przyglądając się też temu, jak my w Polsce tutaj, w Kaliszu, funkcjonujemy, pomyślałem, że chciałbym tym moim podopiecznym pokazać, na czym polega prawdziwe ubóstwo. Wymyśliłem taki cel, że jeśli rzeczywiście pokażę im, że to jest prawda, to chciałbym, żeby nasi podopieczni zderzyli się z tą rzeczywistością. Zadałem im wtedy takie pytanie: czy jesteście w stanie zareagować, czy tylko was to emocjonalnie uderza i nic poza tym? Reakcje mogą być różne, ja sprowokowałem i powiedziałem, że chciałbym do każdej osoby, która tu przychodzi i otrzymuje pomoc powiedzieć, że może jakoś zareagować.

Ogłosimy zbiórkę i postawimy puszkę. Chciałbym, żebyście wrzucali złotówkę za każdym razem, kiedy otrzymujecie pomoc i jesteście z tej pomocy zadowoleni. Pomyślcie wtedy o kimś, kto jest w Pakistanie i znajduje się w zupełnie innym położeniu niż wy, a możecie dla nich zrobić coś bardzo konkretnego. Ty wrzucisz złotówkę, a my nazbieramy tych złotówek tyle, że wykupimy jedną rodzinę. Widzę to jako cel, to, że zrobią coś nieprzeciętnego może dowartościować tych ludzi. Ja już wiem, że to się uda, ponieważ już 3 razy się spotkałem z moimi podopiecznymi i oni już sami pytają, gdzie jest puszka, ponieważ chcą wrzucać złotówki, ale wrzucają też 2 zł, wrzucają 5 zł, czasami 10 zł.

Pokazałem im rodzinę, którą wybrałem. Stwierdziłem, że ta właśnie rodzina sobie poradzi, gdy z tego wyjdą i po prostu chce wtedy tych moich podopiecznych w Kaliszu uświadomić, że zrobili coś naprawdę nieprzeciętnego. Wierzę, że to jest potężna siła, która tych ludzi dowartościuje, podniesie do góry.

Słuchając Pana, rzeczywiście ciężko, aby do głowy wdarła się jakakolwiek inna myśl, aniżeli: „To się uda”.

Cały czas myślę o tym, że możemy pomagać komuś innemu i w ten sposób pomagać sobie. To, co ja odkryłem, co było moim największym problemem i generalnie prawie w 90 procentach się sprawdza, to to, że my obciążamy siebie takimi myślami, że się po prostu do niczego nie nadajemy, że nie możemy nic porządnego zrobić, że wszystko się już skończyło.

Jesteśmy bardzo niedowartościowani, a przecież mamy ogromne możliwości. Widzę, że jako ludzie żyjący w tej części świata i Europy po prostu jesteśmy szczęściarzami, że tu żyjemy. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy i obciążamy się życiem codziennym, a przecież tak niewiele trzeba. Złotówka, obrana marchewka, czy zrobiony obiad i czyjeś życie od razu wygląda inaczej.

Sposób w jaki pan opowiada o tym wszystkim jest naprawdę motywujący do działania. A jeśli właśnie o działania chodzi, to w ostatnim czasie dzięki waszej fundacji oraz firmie Winiary powstała pierwsza w Kaliszu jadłodzielnia. Jak to się stało?

Długo czekałem z tym pomysłem. Chciałem to zrobić, ale chciałem też przemyśleć to dobrze. To znaczy, że kiedy mam coś zrobić, to zastanawiam się jak dokonać tego, żeby kogoś pociągnąć do działania. Mnie już się chcę, ja dużo rzeczy chcę, mam tę energię, żeby robić, tylko ja chcę robić zawsze z myślą o innych. Chciałem rozegrać to właśnie biznesowo, żeby wciągnąć w to kaliski biznes. Bardzo często pojawia się takie myślenie, że jeśli chcemy zrobić coś pozytywnego, to musimy pozyskać sponsorów – czyli pieniądz.

Ja myślę zupełnie odwrotnie, w ogóle nie o pieniądzach, ponieważ mnóstwo rzeczy można zrobić bez nich. Oczywiście, że wszystko kosztuje, ale to nie jest tak, że musimy iść do kogoś i mówić: słuchaj, potrzebuję 50 tysięcy, żeby zrobić kolację. Nasz rachunek za śniadanie wielkanocne dla 700 osób wyniósł około 350 zł, a reszta po prostu jakoś się poskładała. Ktoś dał jajka, ktoś marchewkę, ktoś ją obrał, potem ktoś to przywiózł i ktoś zawiózł. Prawie wszystko takimi metodami da się zrobić, więc myślałem, że foodsharing może być czymś, co kogoś pociągnie i czekałem na ten moment.

Jak się okazało, w firmie Winiary wzbudziło to ogromny rezonans. Rezonans znaczy, że uderzamy w jakąś nutę i nagle okazuje się, że ktoś obok to zauważył i mówi – wchodzę w to. Właśnie tak było z Winiarami, zupełnie tak, jakbyśmy do tego byli stworzeni, oni są przeszczęśliwi. Teraz rozmawiamy i firma chce ten projekt rozszerzyć na 10 miast, a później dalej. Tak naprawdę to my to stopniujemy jako fundacja, ponieważ oni chcieli otwierać je wszystkie od razu. My stwierdziliśmy, że zróbmy najpierw Kalisz i zobaczmy, czy będzie nam się podobało.

W tej chwili już mam przygotowaną listę 10 miast, którą Winiary będą akceptować i powielimy ten pomysł w innych miejscach, a dalej zobaczymy. Foodsharnig to był właśnie ten moment rezonansu, gdzie obie strony zapragnęły tego samego. Mam dużo takich pomysłów, a z niektórymi potrafię czekać dwa czy trzy lata na odpowiedni moment.

Czyli mówi pan, że te wszystkie pomysły po prostu wychodzą Panu z głowy?

Jakaś część tak, ale niektóre pomysły również zapożyczam. Foodsharing w Polsce istnieje, tylko ja właśnie myślałem o tym, żeby połączyć to z biznesem. Przecież mogliśmy kupić lodówkę, więc to nie był problem ze sprzętem, ale chcieliśmy, żeby wzbudzić ten rezonans, żeby zagrać drużynowo, a nie w pojedynkę. Mnie nie zależy na budowaniu marki Fundacji CHOPS. Zależy mi na tym i w sumie jest to moim głównym celem, aby miasto Kalisz było miejscem, w którym ludziom się po prostu chce, w którym widzimy sens tego wszystkiego.

I to nie są tylko akcje na Boże Narodzenie, lecz jest tego dużo, jest tego pełno i każdy się w tym dobrze czuje. Do tego jest potrzebny biznes, ludzie, którzy są twórczy i kreatywni, ponieważ my też sami wszystkiego nie stworzymy. Myślę, że pomału będziemy dążyć do tego, właśnie przez tę różnorodność.

Jadłodzielnia została otwarta już jakiś czas temu. Jak to teraz wygląda, zainteresowanie pośród ludzi rzeczywiście jest tak duże, jak się spodziewaliście?

Zainteresowanie jest naprawdę ogromne. Miejsce również jest nieprzypadkowe. Wybrałem takie, które jest dla mnie komfortowe, pozwala mi dobrze to nadzorować i obserwować. Mamy już partnerów, którzy chcą to zasilać i ludzi, którzy przychodzą. Tu nawet nie chodzi tylko o biedę, ponieważ ja po Pakistanie, jak i zresztą po innych państwach, w których byłem, twierdzę, że skrajnej biedy w Polsce nie ma. Chodzi o impuls, o strzał, że robimy coś po to, żeby za chwilę do tych ludzi powiedzieć: a co zrobisz ty?

Chcemy tych ludzi też prowokować, zapraszać ich. Przykładowo, gdy będzie światowy dzień walki z głodem w październiku, to ugotujemy żurek i będziemy tam go serwowali. Postawimy jakieś stoły i zaczniemy do tych ludzi mówić, prowokować, żeby myśleli o innych. Trzeba tym grać, po prostu zajmować się tymi ludźmi. To są przeróżne osoby, czy to przypadkowi przechodnie, czy tacy, którzy już wiedzą, że tam to jest i zaglądają 3 razy dziennie.

Ja chcę mówić do mieszkańców Kalisza i myślę, że za chwilę zacznę to robić – żeby Fundacja nie była gospodarzem tego miejsca, tylko mieszkańcy. Słyszałem już różne komentarze i obawy: czy ktoś nie zdewastuje tego miejsca, czy nie zabiorą wszystkiego. Ja chcę powiedzieć: hej, zadbajmy o to. Jeśli jesteś przechodniem i widzisz, że coś się dzieje, to podejdź. Ja miałem taką okazję do człowieka podejść. Zabierał ze sobą cały worek ziemniaków, więc powiedziałem do niego: może byś pomyślał o kimś jeszcze. Naprawdę potrzebujesz tyle ziemniaków? Jeśli masz dużą rodzinę, to dalej, ja ci je zawiozę.

Człowiek był po prostu niesamowicie zaskoczony, nie spodziewał się takiej reakcji, a jakiejś kontry. Mówię mu: pomyśl, może następnym razem, gdy tu przyjdziesz, ty będziesz coś miał i zostawisz dla drugiego człowieka. Pielęgnujmy te wartości, takie jak miłość do bliźniego czy szacunek. Nawet gdy ktoś popełnia jakiś błąd, nie robi tak, jakbyśmy chcieli, to dalej kierujemy się szacunkiem, żeby tego człowieka dowartościować, podnieść, a nie wdepnąć w ziemię, bo złamie jakiś regulamin lub coś w tym stylu.

Jeżeli ja tego człowieka zawiozłem do domu z tymi z ziemniakami, to on gdzieś wewnętrznie sam wie, czy zrobił dobrze, czy źle, a gdy ja go jeszcze zawiozłem, to drugi raz będzie mu głupio to zrobić. To jest ta moja metoda, że ja chcę iść pod prąd. Chciałbym w Kaliszu tak właśnie powiedzieć: słuchajcie, to jest nasz punkt, zadbajmy o niego, reagujmy, sprzątajmy, zaglądajmy tam.

Dlaczego CHOPS skoczył tak daleko?

Osobiście nie myślałem, że skoczymy daleko. Przede wszystkim nie miałem żadnego planu. Nie jestem typem stratega i można powiedzieć, że zawsze robię to, co mam pod ręką, czyli zadanie, które mam na ten miesiąc czy na najbliższe dni. Oczywiście mam jakieś plany na najbliższe pół roku, ale nie traktuje tego jako konkurencję. Ja nie chcę konkurować, tylko współpracować. Przecież będziemy robili ten foodsharing w innych miastach nie po to, żeby zakładać tam placówki i zaistnieć, tylko po prostu, gdy widzimy możliwość pomocy, to czemu by z niej nie skorzystać. Bardzo chętnie zresztą współpracujemy z innymi organizacjami, więc może tak to wygląda, że gdzieś tam daleko wyskoczyliśmy, ale to jest właśnie ta siła. Ja wierzę, że siła jest w ludziach i może po prostu nikt tego wcześniej odpowiednio nie wykorzystał.

Bardzo często podczas naszej rozmowy mówił pan o pomysłach, których jest wiele i które czekają czasami 2-3 lata na realizację, więc w takim razie – co dalej?

Moim wielkim marzeniem jest (i czuję, że w tym roku to może się udać) zrobienie wigilii dla samotnych. Prawie nikomu tego nie mówiłem, ale to jest moje marzenie. Mogę zacząć o tym mówić, bo już się przygotowuję. Chciałbym zrobić wigilię na jakiejś hali sportowej albo w innym dużym miejscu. Chciałem to zrobić 24 grudnia, a nie 22, tak jak robią to inni. Oczywiście z całym szacunkiem do wszystkich, którzy robią cokolwiek dla innych, bo to jest bezcenne.

Ja nie krytykuję i nie mówię, że to źle, tylko wiem, że najtrudniejszy moment dla osoby samotnej to jest 24 grudnia godzina 16:00. Choćbyśmy byli z nim i zasypali go prezentami 22 grudnia, to 24 grudnia o godzinie 16:00 ma takiego doła i taką depresję, że o tych prezentach nie pamięta. Wtedy chciałbym, żebyśmy byli my, czyli kaliszanie, którzy mówią: Jestem w stanie zostawić swój dom, swoją rodzinę, swój komfort i zrobić to dla drugiego człowieka i usiąść z nim.

Moim pomysłem jest to, żeby nie podawać tej kolacji jak na tacy, tylko po prostu przygotować ją i razem z nimi usiąść. Mam już nawet ludzi, którzy chcą to zrobić razem ze mną. Chcę zrobić to dla osób, które są samotne, ale też dla tych, którzy są pokłóceni, bo taka jest nasza rzeczywistość – my często nie potrafimy naprawić złamanych relacji z najbliższymi. Chcę dziś to budować, a do tego potrzebne jest spotkanie.

Oczywiście fajnie, że w pandemii sobie poradziliśmy, ale moim zamiarem jest w końcu usiąść i zrobić to naprawdę godnie. Elegancko ubrani kelnerzy, czerwony dywan, piękne choinki, fajna scena, kolędy w wykonaniu jakiegoś super zespołu, który robi to na wysokim poziomie, kelner prowadzący każdego do stolika, który jest odpowiednio przygotowany. Myślę nawet o tym, że jeśli będą osoby, które nie będą miały transportu, to żeby jechać po nich, czy to samochodem, czy może załatwić im taksówkę. Nie wiem jeszcze, czy to w tym roku się tak uda, ale chciałbym, żeby tak wyglądało to spotkanie. To jest najbliższe zadanie przed nami, a co dalej – nie chciałbym jeszcze zdradzać.

Słuchając pana naprawdę mam ogromną nadzieję, że ta wigilia się uda. Brzmi to naprawdę niesamowicie i napawa entuzjazmem. Czy może na sam koniec chciałby Pan coś jeszcze od siebie dodać?

Od siebie mogę dodać to, że głęboko wierzę w ludzi i w to, że jesteśmy w stanie zrobić rzeczy nieprawdopodobne. Jestem lokalnym patriotą, kaliszaninem i dla tego miasta jestem gotowy robić takie rzeczy. Pewnie czuje się z tym, że jestem tą osobą, która coś w sobie ma. Może brzmi to trochę nieskromnie, ale o swojej skromności to wiem ja – czy ją mam, czy też nie. Potrafię wzbudzać w ludziach pragnienie działania i chciałbym to dobrze wykorzystać.

Dziękuję Panu za tę rozmowę, jak i również za pana działanie w naszym mieście.

Również dziękuję za rozmowę

Podobał Ci się materiał? Udostępnij go i komentuj - Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna!
Chcesz by podobnych materiałów powstawało jeszcze więcej? Wesprzyj nas!

Share on facebook
Share on twitter
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze

Newsletter

Bądź na bieżąco z najnowszymi aktualnościami!

WESPRZYJ NAS!

Każda latarnia potrzebuje mocy, aby oświetlać to, co ukryte. Dołącz do Klubu Mocodawców Latarnika Kaliskiego i wspieraj naszą działalność!

Kliknij w odpowiednią “cegiełkę” i sprawdź, jakie benefity dla Ciebie przygotowaliśmy!

Najchętniej czytane

PODCASTY & VIDEO

REKLAMA

#Twitter